<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Fotografia: cyfrowa - Wideofilmowanie: technika, sprzet, jakość</title>
	<atom:link href="http://www.scfoto.ovh.org/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.scfoto.ovh.org</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Thu, 05 May 2011 10:29:22 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Dashiell Hammett &#8211; Osmalona fotografia</title>
		<link>http://www.scfoto.ovh.org/?p=81</link>
		<comments>http://www.scfoto.ovh.org/?p=81#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 May 2011 10:27:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Różne]]></category>
		<category><![CDATA[Fotografia]]></category>
		<category><![CDATA[sztuka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.scfoto.ovh.org/?p=81</guid>
		<description><![CDATA[Miały wrócić wczoraj — zakończył swoją opowieść Alfred Banbrock. — Ale gdy dziś rano jeszcze się nie pojawiły, żona zatelefono­wała do pani Walden. Pani Walden powiedziała, że ich tam nie było&#8230; że w ogóle nie miały być.
Z pozoru więc wygląda — zasugerowałem — że córki pana wyje­chały z własnej woli i z własnej woli pozostają [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Miały wrócić wczoraj — zakończył swoją opowieść Alfred Banbrock. — Ale gdy dziś rano jeszcze się nie pojawiły, żona zatelefono­wała do pani Walden. Pani Walden powiedziała, że ich tam nie było&#8230; że w ogóle nie miały być.<br />
Z pozoru więc wygląda — zasugerowałem — że córki pana wyje­chały z własnej woli i z własnej woli pozostają poza domem?<br />
Banbrock kiwnął głową z powagą. Zmęczone mięśnie obwisły w jego pełnej twarzy.<br />
—	Tak może się wydawać — przyznał. — Dlatego przyszedłem po<br />
pomóc do pańskiej Agencji zamiast na policję.<br />
— Czy kiedyś zdarzały się im takie zniknięcia?<br />
—	Nie. Jeśli czytuje pan prasę, zapewne napotkał pan wzmianki o nieregularnym trybie życia młodego pokolenia. Moje córki wyjeżdża­ ją i przyjeżdżają, kiedy im się podoba. Ale chociaż nie mogę powie­dzieć, że kiedykolwiek znałem ich zamiary, na ogół zawsze wiedzieliś­my, gdzie są.<br />
Nie domyśla się pan, czemu w taki sposób wyjechały? Potrząsnął zniżoną głową.<br />
Były ostatnio jakieś kłótnie? — zaryzykowałem.</p>
<p>Nie&#8230; — zaczął i nagle zmienił to na: — Tak&#8230; chociaż uznałem sprawę za nic nie znaczącą i wcale bym sobie jej nie przypomniał, gdy­by mnie pan nie zapytał. W czwartek wieczorem&#8230; na dzień przed ich wyjazdem.<br />
O co poszło?<br />
O pieniądze, oczywiście. Nigdy nie kłóciliśmy się- o nic innego. Dawałem córkom spore kieszonkowe&#8230; może za spore. I nie musiały się do niego ograniczać. Rzadko kiedy zresztą go nie przekraczały. W czwartek wieczorem poprosiły mnie o sumę, która znacznie przera­stała uzasadnione potrzeby dwojga dziewcząt. Odmówiłem wypłacenia jej, choć w końcu dałem nieco mniejszą. Nie była to w ścisłym sensie tego słowa kłótnia&#8230; ale lekkie ochłodzenie naszych wzajemnych sto­sunków.<br />
I właśnie po tej sprzeczce powiedziały, że jadą na weekend do Monterey, do pani Walden?<br />
Możliwe. Nie jestem tego pewien. Wydaje mi się, że dowiedzia­łem się o tym dopiero nazajutrz, ale mogły powiedzieć wcześniej mojej żonie.<br />
I nie przychodzi panu na  myśl żaden inny powód ich ucieczki?<br />
Żaden. Nasza sprzeczka o pieniądze&#8230; która nie była zresztą wcale tak niezwykła&#8230; nie mogła z nią mieć nic wspólnego.<br />
A co sądzi ich matka?<br />
Ich matka nie żyje — poprawił mnie Banbrock. — Moja żona jest ich macochą. Jest tylko o dwa lata starsza od Miry, mojej starszej cór­ki, i równie jak ja zdezorientowana.<br />
Czy pana córki i ich macocha żyją w zgodzie?<br />
Tak! Tak! W doskonałej zgodzie! Ilekroć w rodzinie następował podział, zawsze tworzyły zwarty front przeciwko mnie.<br />
Córki wyjechały w piątek po południu?<br />
W południe lub kilka minut później. Samochodem.<br />
A samochodu oczywiście nadal nie ma.<br />
Naturalnie.<br />
Jaki to samochód?<br />
Locomobile, ze składanym dachem. Czarny.<br />
Może mi pan podać numer rejestracyjny i numer silnika?<br />
Zaraz sprawdzę.<br />
Odwrócił się w krześle do wielkiego biurka z zasuwanym blatem, które zasłaniało ze ćwierć ściany biura, pogmerał w papierach w prze­gródce i podyktował mi numery przez ramię. Zapisałem je na odwro­cie koperty.<br />
Umieszczę ten samochód na policyjnej liście wozów skradzionych — powiedziałem. — Można to zrobić bez wspominania o pańskich córkach. Może biuletyn policyjny spowoduje znalezienie samochodu, co z kolei pomoże nam odnaleźć dziewczyny.<br />
Doskonale — przystał — skoro da się to zrobić bez przykrego rozgłosu. Tak jak powiedziałem na początku, nie chcę większego roz­głosu niż absolutnie konieczny&#8230; chyba że się okaże, iż dziewczętom stała się krzywda.<br />
Kiwnąłem głową ze zrozumieniem i wstałem.<br />
—	Chciałbym teraz porozmawiać z żoną pana — powiedziałem. —<br />
Jest w domu?<br />
—	Chyba tak. Zadzwonię i powiem, że ją pan odwiedzi.<br />
Rozmawiałem  z  panią   Banbrock  w  wielkiej   wapiennej   fortecy  na<br />
szczycie górującego nad oceanem i zatoką wzgórza w Sea Cliff. Była wysoką ciemną dziewczyną lat dwudziestu dwu, skłonną do tycia.<br />
Nie powiedziała mi nic takiego, o czym by jej mąż wcześniej nie napomknął, ale podała mi więcej szczegółów.<br />
Otrzymałem rysopis dziewcząt:<br />
Mira — lat dwadzieścia, wzrost 173 cm, waga 68 kg, budowa atlety­czna, dziarski, niemal męski sposób poruszania się, krótkie brązowe wło­sy, oczy piwne, cera ciemna, twarz kwadratowa z szeroką brodą i krót­kim nosem, ukryta pod włosami blizna nad lewym uchem. Lubi konie i wszelkie zabawy na świeżym powietrzu. Kiedy wychodziła z domu, miała na sobie niebieskozieloną suknię wełnianą, mały niebieski kape­lusik, krótkie czarne selskinowe futro i czarne pantofle.<br />
Rut — lat osiemnaście, wzrost 162 cm, waga 48 kg, oczy piwne, wło­sy krótkie, brązowe, cera ciemna, twarz drobna, owalna. Cicha, nie­śmiała, skłonna szukać oparcia w starszej, silniejszej siostrze. Ubrana była w tabaczkowobrązowy płaszcz lamowany futrem, szarą jedwabną suknię oraz szeroki brązowy kapelusz.<br />
Dostałem po fotografii każdej z dziewcząt i dodatkowo zdjęcie Miry stojącej przed kabrioletem. Otrzymałem spis rzeczy, które z sobą wzię­ły — takie, jakie zwykle bierze się na weekend. A co najważniejsze, uzyskałem od pani Banbrock listę ich przyjaciół, krewnych i znajomych, o których wiedziała.<br />
Czy wspominały o zaproszeniu od pani Walden przed kłótnią z oj­cem? — spytałem, schowawszy te rzeczy do kieszeni.<br />
Chyba nie — odparła pani Banbrock z namysłem. — Wcale nie łączyłam tych dwu rzeczy. Bo one tak naprawdę wcale się nie pokłó­ciły z ojcem. Wymiana zdań, która nastąpiła między nimi, była nie dość ostra, by móc ją nazwać kłótnią.<br />
Widziała je pani, kiedy wyjeżdżały?<br />
Oczywiście! Wyjechały w piątek o wpół do pierwszej. Pocałowały mnie jak zwykle na pożegnanie i nic w ich zachowaniu nie wskazywa­ło, że coś jest nie tak.<br />
Nie ma pani pojęcia, dokąd mogły się udać?<br />
Nie.<br />
Nic nie przychodzi pani do głowy?<br />
Nie. Wśród nazwisk i adresów, które panu dałam, są krewni i zna­jomi dziewcząt w innych miastach. Mogły się udać do któregoś z nich. Sądzi pan, że powinniśmy&#8230;<br />
Zajmę się tym — obiecałem. — Potrafi pani wskazać paru z nich, do których najprawdopodobniej mogły się udać?<br />
Nie — odparła zdecydowanie. — Nie potrafię.<br />
Z tego spotkania wróciłem prosto do Agencji i uruchomiłem jej ma­szynerię: załatwiłem, aby agenci innych oddziałów Continentalu zajęli się niektórymi nazwiskami z mojej listy, umieściłem kabriolet locomobile na policyjnej liście samochodów zaginionych, dałem fotografowi zdjęcia dziewcząt, aby zrobił kopie.<br />
Uczyniwszy to wybrałem się na rozmowę z ludźmi z listy, którą do­stałem od pani Banbrock. Najpierw udałem się do Constance Delee, mieszkającej w domu czynszowym przy Post Street. Otworzyła mi służąca. Powiedziała, że panna Delee wyjechała z miasta. Nie chciała powiedzieć dokąd ani kiedy wróci.<br />
Stamtąd poszedłem na Van Ness Avenue i odnalazłem niejakiego Wayne&#8217;a Ferrisa w salonie samochodowym: młodego człowieka z przylizanymi włosami, którego wspaniałe maniery i ubiór całkowicie zakry­wały wszystko inne, co mógł posiadać — na przykład rozum. Chciał mi<br />
pomóc, ale nie wiedział nic. Bardzo dużo czasu mu zajęło powiedzenie tego. Miły chłopak.<br />
Następny niewypał: Pan Scott jest w Honolulu.<br />
W biurze pośrednictwa handlu nieruchomościami przy Montgomery Street zastałem innego przylizanego, stylowego młodego człowieka o mi­łych manierach i w ładnym ubraniu. Nazywał się Raymond Elwood. Mógłbym go wziąć za bardzo bliskiego krewnego tego Ferrisa, gdybym nie wiedział, że świat — zwłaszcza ten bywały na tańcach i herbat­kach — jest pełen tego typu ludzi. Nie umiał mi nic powiedzieć.<br />
Potem kilka dalszych niewypałów: — Jest poza miastem — albo: — Wyszła na zakupy — czy: — Nie wiem, gdzie może go pan znaleźć.<br />
Zanim zrezygnowałem z dalszych poszukiwań na ten dzień, znalazłem jeszcze jedną przyjaciółkę panien Banbrock. Panią Stewart Correll. Mie­szkała przy Presidio Terrace, niedaleko od Banbrocków. Była drobną kobietą, a raczej dziewczyną, mniej więcej w wieku pani Banbrock. Puszysta blondyneczka o wielkich oczach tej szczególnej odmiany błę­kitu, która zawsze wygląda uczciwie i szczerze bez względu na to, co się za nią kryje.<br />
Nie widziałam ani Rut, ani Miry od-ponad dwóch tygodni — od­powiedziała na moje pytanie.<br />
A czy wtedy&#8230; kiedy je pani ostatni raz widziała&#8230; czy któraś z nich mówiła o wyjeździe?<br />
Nie.<br />
Oczy były szeroko otwarte i szczere. W górnej wardze drgał jakiś malutki mięsień.<br />
—	I nie przychodzi pani na myśl, dokąd mogły się udać?<br />
Nie.,	i Palcami zwijała koronkową chusteczkę w kulkę.<br />
Czy dały o sobie znać od ostatniego widzenia się z panią?<br />
Nie.<br />
Lecz zanim to powiedziała, zwilżyła językiem usta.<br />
Czy może mi pani podać nazwiska i adresy wszystkich znanych sobie ludzi, których one również znały?<br />
Czemu?&#8230; Czy?&#8230;<br />
Istnieje szansa, że któraś z tych osób widziała je później niż pa­ni — wyjaśniłem. — A może nawet widziała je po piątku.<br />
Podyktowała mi bez wyraźnego zapału kilkanaście nazwisk. Wszyst­kie miałem już na swojej liście. Dwa razy zawahała się, jak gdyby miała wymienić nazwisko, którego nie chciała powiedzieć. Patrzyła na mnie wciąż szeroko rozwartymi, szczerymi oczyma. Palcami, które już nie gniotły chusteczki, skubała materiał spódnicy.<br />
Nie udawałem, że jej wierzę. Nie czułem się jednak dość pewnie, aby ją przyprzeć do muru. Przed wyjściem obiecałem jej, że jeszcze wrócę, co mogła uznać za groźbę, jeżeli chciała.<br />
—	Dziękuję bardzo — powiedziałem. — Wiem, jak to trudno czasem<br />
coś dokładnie sobie przypomnieć. Jeśli natrafię na coś, co mogłoby we­sprzeć pani pamięć, wrócę i powiem.<br />
—	Co?&#8230; Tak, proszę! — rzekła.<br />
Oddalając się od domu, tuż przed zniknięciem z jego pola widzenia, nagle się odwróciłem. W oknie na pierwszym piętrze chwiała się pusz­czona wolno firanka. Latarnie uliczne nie były dość jasne, abym mógł mieć całkowitą pewność, że za chwiejącą się firanką widniała blond główka.<br />
Zegarek wskazywał dziewiątą trzydzieści. Zrobiło się za późno na dal­sze wizyty u przyjaciół dziewcząt. Wróciłem do domu, napisałem ra­port z działalności dziennej, i położyłem się do łóżka myśląc więcej o pani Correll niż o siostrach Banbrock.<br />
Wydała mi się warta bliższych badań.<br />
Kiedy nazajutrz rano przyszedłem do biura, zastałem kilka telegra­mów. Żaden nie wnosił nic do sprawy. Badania przeprowadzone w in­nych miastach nie ujawniły niczego. Badanie w Monterey ustaliło pobie­żnie — co w zawodzie detektywistycznym jest najpowszechniejszym sto­pniem ustalenia — że ostatnio nie widziano tam ani dziewcząt, ani ka­brioletu locomobile.<br />
Wczesne wydania popołudniowej prasy były już na ulicach, kiedy wy­szedłem zjeść śniadanie przed podjęciem harówki w miejscu, w którym ją przerwałem poprzedniego wieczoru.<br />
Kupiłem gazetę, żeby poczytać przy grejpfrucie.<br />
Zepsuła mi śniadanie:<br />
SAMOBÓJSTWO ŻONY BANKIERA Służąca pani Stewart Correll, żony wiceprezesa Golden Gate Trust Company, znalazła dziś rano swoją panią martwą w sypialni domu przy Presidio Terrace. Na podłodze koło łóżka leżała butelka po truciźnie. Mąż zmarłej nie potrafił wskazać powodu samobójstwa żony. Oświadczył, że nie sprawiała wrażenia osoby w stanie depresji ani&#8230;<br />
W domu państwa Correll musiałem się sporo nagadać, zanim mnie dopuszczono do pana Correll. Był on wysokim, szczupłym, niespełna trzydziestopięcioletnim mężczyzną o ziemistej, nerwowej twarzy i nie­bieskich, niespokojnych oczach.<br />
Bardzo przepraszam, że pana w takiej chwili niepokoję — powie­działem, gdy wreszcie przedostałem się do niego. — Nie zajmę panu więcej czasu, niż jest to konieczne. Jestem agentem Kontynentalnej Agencji Detektywistycznej. Próbuję odnaleźć Rut i Mirę Banbrock, któ­re zniknęły przed kilku dniami. Pan je zna, jak sądzę.<br />
Tak — odparł obojętnie. — Znam.<br />
Wiedział pan, że zniknęły?<br />
Nie. — Jego spojrzenie przesunęło się z fotela na dywan. — Cze­mu miałbym wiedzieć?<br />
Czy widział pan którąś z nich ostatnio? — spytałem ignorując jego pytanie.<br />
W zeszłym tygodniu&#8230; chyba we środę. Właśnie wychodziły&#8230; stały w drzwiach i rozmawiały z moją żoną, kiedy wróciłem z banku.<br />
Czy żona nie mówiła panu nic o ich zniknięciu?<br />
Nie. Doprawdy, nie mam nic do powiedzenia na temat panien Banbrock. Wybaczy pan, ale&#8230;<br />
Jeszcze tylko chwilkę — poprosiłem. — Nie narzucałbym się pa­nu, gdyby nie było to konieczne. Byłem tu wczoraj wieczorem, aby za­dać kilka pytań pana żonie. Wydawała się zdenerwowana. Odniosłem wrażenie,  że jej  odpowiedzi  były chwilami&#8230; hm&#8230;  wymijające.  Chcę&#8230;<br />
Zerwał się z fotela. Frzybliżył poczerwieniałą twarz do mojej twarzy.<br />
Ty! — wykrzyknął. — Dziękuję ci za&#8230;<br />
Spokojnie, panie Correll — próbowałem go uciszyć — nie ma co się&#8230;<br />
Lecz on był ogromnie wzburzony.<br />
—	Doprowadziłeś moją żonę do śmierci — oskarżał mnie. — Zabiłeś<br />
ją tym swoim cholernym wścibstwem&#8230; swoimi groźbami, swoimi&#8230;<br />
To było głupie. Żal mi się zrobiło tego młodego człowieka, którego żona popełniła samobójstwo. Lecz miałem robotę. Docisnąłem śrubę.<br />
Nie będziemy się kłócili, Correll. Rzecz w tym, że przychodziłem tu dowiedzieć się, czy pana żona wie coś o Banbrockównach. Nie wy­jawiła mi całej prawdy. Później popełniła samobójstwo. Chcę wiedzieć czemu. Wyjaw mi tę prawdę, a zrobię, co tylko zdołam, ażeby prasa i opinia publiczna nie połączyły jej śmierci ze zniknięciem Banbrockówien.<br />
Jak mogłyby to zrobić?! — wykrzyknął. — To absurd!<br />
Może&#8230; ale między tymi dwoma zdarzeniami jest związek! — wy­recytowałem. Żal mi go było, ale musiałem zrobić, co do mnie nale­żało. — Niezaprzeczalny. Jeżeli powie mi pan jaki, może dałoby się uni­knąć rozgłosu. Tak czy owak się dowiem. Albo pan mi to powie&#8230; albo nie oglądając się na nic sam się tego dowiem.<br />
Przez chwilę myślałem, że mi przyłoży. Nie winiłbym go za to. Ze­sztywniał cały&#8230; potem oklapł. Usiadł na fotelu. Wzrokiem odbiegł gdzieś w bok.<br />
Nie mam nic do powiedzenia — wymamrotał. — Dziś rano poko­jówka weszła do jej pokoju i znalazła ją martwą. Żona nie zostawiła żadnego listu, żadnego wyjaśnienia, nic.<br />
Widział ją pan wczoraj wieczorem?<br />
Nie. Jadłem kolację poza domem. Przyszedłem późno i udałem się prosto do swego pokoju, nie chcąc jej budzić. Nie widziałem jej od wczoraj rano.<br />
Czy wydawała się wówczas zaniepokojona albo zatroskana?<br />
Nie.<br />
A czemu, zdaniem pana, to zrobiła?<br />
Boże, skąd mam wiedzieć! Wciąż łamię sobie nad tym głowę.<br />
Utrata zdrowia?<br />
Nie wyglądała na chorą. Nigdy nie chorowała, nigdy się nie skar­żyła.<br />
Może ostatnie kłótnie?<br />
—- Nigdy się nie kłóciliśmy&#8230; ani razu w ciągu półtora roku naszego małżeństwa!<br />
—	Kłopoty finansowe?<br />
Potrząsnął głową bez słowa, nie odrywając wzroku od dywanu.<br />
—	Może jakieś inne?<br />
Znowu potrząsnął głową.<br />
Czy pokojówka nie zauważyła nic szczególnego w jej zachowaniu wczoraj wieczorem?<br />
Nie.<br />
Przejrzał pan rzeczy żony&#8230; w poszukiwaniu jakichś papierów, listów?<br />
Tak&#8230; i nic nie znalazłem. — Uniósł głowę i spojrzał na mnie. — Jest tylko jedno&#8230; — powiedział bardzo wolno — na palenisku komin­ka w jej pokoju zauważyłem kupkę popiołu&#8230; jakby spaliła jakieś listy lub papiery.<br />
Correll nie miał dla mnie nic więcej&#8230; przynajmniej nic więcej nie zdołałem z niego wydobyć.<br />
Panienka u głównego wejścia do biur Alfreda Banbrocka w Gmachu Shoremana powiedziała mi, że szef jest na konferencji. Kazałem się za­anonsować, Wyszedł i zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Na jego zmęczonej twarzy malowało się jedno wielkie pytanie.<br />
Nie kazałem mu długo czekać na odpowiedź. Był dorosłym mężczy­zną. Nie owijałem rzeczy w bawełnę.<br />
Sprawa przybrała kiepski obrót — powiedziałem, kiedy drzwi się za nami zamknęły. — Sądzę, że winniśmy poprosić o pomoc policję i prasę. Pani Correll, przyjaciółka pana córek, skłamała mi wczoraj, kiedy ją wypytywałem. W nocy popełniła samobójstwo.<br />
Irma Correll? Samobójstwo?<br />
Znał ją pan?<br />
Tak! Bardzo dobrze! Była&#8230; była serdeczną przyjaciółką mojej żo­ny i córek. Zabiła się?<br />
Tak. Trucizna. Minionej nocy. Co ona ma wspólnego ze zniknię­ciem pana córek?<br />
Co ma wspólnego? — powtórzył. — Nie wiem. Musi mieć?<br />
Sądzę, że tak. Mówiła mi, że nie widziała pana córek od paru ty­godni. Jej mąż natomiast przed chwilą powiedział, że były u niej w osta­tnią środę po południu, gdy wrócił z banku. Była zdenerwowana, kiedy ją wypytywałem. Wkrótce potem zażyła truciznę. Nie można chyba wąt­pić, że musi mieć jakiś związek z ich zniknięciem.<br />
A to oznacza&#8230;<br />
Że pana córki — dokończyłem za niego — są, być, może, zupełnie bezpieczne, ale nie wolno nam ryzykować.<br />
Sądzi pan, że coś im się stało?<br />
Nic nie sądzę — rzekłem wymijająco — ale uważam, że skoro z ich zniknięciem tak ściśle wiąże się śmierć, to koniec żartów.<br />
Banbrock porozumiał się telefonicznie ze swoim adwokatem — ru­mianym, siwowłosym staruszkiem nazwiskiem Norwall, który słynął z tego, że wiedział więcej o spółkach akcyjnych niż wszyscy Morgano-wie, ale nie miał najmniejszego pojęcia o procedurze policyjnej — i ka­zał mu spotkać się z nami w Gmachu Sprawiedliwości.<br />
Spędziliśmy tam półtorej godziny napuszczając policję na ślad tej sprawy, a prasie podając to, co naszym zdaniem powinna opublikować. Było tam mnóstwo ogólnych danych o dziewczynach, mnóstwo fotogra­fii i tak dalej, lecz ani słowa o związku pomiędzy nimi a panią Correll. Policja, oczywiście, została o nim powiadomiona.<br />
Kiedy Banbrock i jego adwokat odeszli, wróciłem do pokoju służbo­wego detektywów, aby przeżuć sprawę z Patem Reddy, wyznaczonym do niej policyjnym detektywem.<br />
Pat Reddy był najmłodszy spośród detektywów policyjnych — wiel­ki jasnowłosy Irlandczyk, który na swój leniwy sposób lubił efektow­ne zagrania.<br />
Przed paroma laty jako świeżo upieczony mundurowy patrolował swój rewir w jednej z lepszych dzielnic. Pewnego wieczoru wypisywał mandat na samochód zaparkowany przy hydrancie przeciwpożarowym. Nagle zjawiła się właścicielka samochodu i wdała się z nim w sprzecz­kę. Była to Althea Wallach, jedyna i rozkapryszona córka właściciela Wallach Coffee Company — szczupła, lekkomyślna dziewczyna o gorą­cych oczach. Musiała dobrze nagadać Patowi, bo zaprowadził ją do ko­misariatu i zamknął w celi.<br />
Podobno nazajutrz wpadł do komisariatu pieniący się z wściekłości sta­ry Wallach z połową wszystkich adwokatów San Francisco. Pat jednak nie ustąpił i dziewczyna musiała zapłacić grzywnę. Stary Wallach mało się potem nie rzucił na Pata z pięściami w korytarzu. Pat uśmiechnął się sennie do importera kawy i wycedził przez zęby:<br />
—	Odczep się lepiej ode mnie&#8230; bo przestanę pijać twoją kawę.<br />
/    Słowa te trafiły do wszystkich gazet w  kraju,  a  nawet  do  jednej sztuki na Broadwayu.<br />
Lecz Pat nie poprzestał na ciętej ripoście. W trzy dni później poje­chał z Altheą Wallach do Alameda i wziął z nią ślub. Widziałem to na własne oczy. Tak się akurat złożyło, że płynąłem tym samym promem co oni i powlekli mnie z sobą na świadka.<br />
Stary Wallach natychmiast wydziedziczył córkę, ale nikogo poza nim ten fakt nie zmartwił. Pat nadal obchodził swój rewir, ale teraz, kiedy stał się sławny, bardzo szybko dostrzeżono jego zalety. Awansowano go do biura detektywistycznego.<br />
Stary Wallach udobruchał się przed śmiercią i zostawił Althei swoje miliony.<br />
Pat wziął wolne popołudnie, żeby pójść na jego pogrzeb, i wrócił wie­czorem do pracy, po czym schwytał w nocy cały samochód bandziorów. Z pracy nie zrezygnował. Nie wiem, co jego żona robiła z pieniędzmi, ale Pat nie zaczął nawet palić lepszych cygar — a powinien. Obecnie mieszkał w rezydencji Wallachów, to prawda, i co jakiś czas w deszczo­we poranki przywoził go do Ratusza wytworny staromodny samochód hispano-suiza, ale poza tym nie zmienił się zupełnie.<br />
Był to właśnie ten wielki jasnowłosy Irlandczyk, który siedział po drugiej stronie mego biurka w pokoju służbowym i okadzał mnie czymś w kształcie cygara.<br />
Wreszcie wyjął ów cygaropodobny przedmiot z ust i zaczął mówić przez kłęby dymu:<br />
—	Ta Correllowa, która, jak mówisz, ma powiązania z Banbrockównami&#8230; parę miesięcy temu napadnięto ją i ograbiono z ośmiuset dola­rów. Wiesz o tym?<br />
Nie wiedziałem<br />
Zabrano jej coś oprócz gotówki? — zapytałem.<br />
Nic.<br />
—	Wierzysz w to?<br />
Uśmiechnął się.<br />
—	No właśnie — rzekł. — Nie złapaliśmy ptaszka, który to zrobił.<br />
&#8216; Z kobietami, które w taki sposób ponoszą straty, zwłaszcza w gotówce,<br />
nigdy nie wiadomo, czy to napad, czy wypad.<br />
Pociągnął  trochę trucizny z cygaropodobnego  przedmiotu  i  dodał:<br />
—	Ale mógł to być naprawdę napad. Co teraz zamierzasz zrobić?<br />
—	Chodźmy do Agencji, zobaczymy, czy nie nadeszło co nowego. Po­tem chciałbym jeszcze raz porozmawiać z panią Banbrock. Może ona nam coś powie o pani Correll.<br />
W Agencji zastałem raporty dotyczące reszty pozamiejskich nazwisk i adresów. Najwyraźniej nikt z tych ludzi nie znał miejsca pobytu dzie­wcząt. Poszliśmy z Reddym do domu Banbrocków w Sea Cliff.<br />
Banbrock telefonował do żony o śmierci pani Correll, a poza tym czytała już o niej w gazetach. Powiedziała nam, że nie wie, jaki mógł być powód samobójstwa. Nie wyobrażała sobie, aby między tym samo­bójstwem a zniknięciem jej pasierbic istniał jakiś związek.<br />
Kiedy ostatni raz widziałam panią Correll dwa, może trzy tygod­nie temu, wyglądała jak zawsze na zadowoloną i szczęśliwą — powie­działa pani Banbrock. — Była rzeczywiście kapryśna z natury, ale nie do tego stopnia, aby popełnić taką rzecz.<br />
Czy miała jakieś kłopoty z mężem?<br />
Nie. O ile wiem, byli szczęśliwi, chociaż&#8230;<br />
Urwała.  W jej  ciemnych oczach ukazało się wahanie,  zakłopotanie.<br />
—	Chociaż? — powtórzyłem.<br />
Jeżeli teraz panom nie powiem, pomyślicie, że coś kryję — rzekła czerwieniąc się, z uśmiechem, w którym było więcej zdenerwowania niż rozbawienia. — To nie ma żadnego znaczenia, ale zawsze byłam trochę zazdrosna o Irmę. Ona i mój mąż byli&#8230; no, wszyscy myśleli, że się pobiorą. To było przed naszym ślubem. Nigdy tego nie okazywałam i pe­wnie to jest głupia myśl, ale zawsze podejrzewałam, że Irma wyszła za Stewarta raczej z przekory niż jakiego innego powodu i że wciąż kocha Alfreda&#8230; mego męża.<br />
Czy był jakiś określony powód, aby tak sądzić?<br />
Nie, skądże! Nigdy w to naprawdę nie wierzyłam. To było tylko niejasne uczucie. Raczej moja podejrzliwość niż cokolwiek innego.<br />
Zbliżał się wieczór, kiedy wyszliśmy z Patem z domu Banbrocków. Zanim się rozeszliśmy, wstąpiłem do Starego — dyrektora filii Agencji w San Francisco, a więc mego szefa — i poprosiłem, aby napuścił któ­regoś z agentów na zbadanie przeszłości Irmy Correll.<br />
Przejrzałem poranne gazety — dzięki ich zwyczajowi ukazywania się niemal zaraz po zachodzie słońca — przed pójściem spać. Narobiły mnó­stwo wrzawy wokół naszej sprawy. Zamieściły wszystkie fakty, oprócz tych, które dotyczyły Irmy Correll, plus fotografie i zwykły w takich razach wachlarz domysłów oraz podobnych bzdur.<br />
Następnego ranka udałem się na poszukiwanie tych przyjaciół zagi­nionych dziewcząt, z którymi jeszcze nie rozmawiałem. Znalazłem kil­koro, ale niczego wartościowego nie udało mi się od nich wydobyć. Przed południem zadzwoniłem do Agencji, żeby się dowiedzieć, czy nie przyszło nic nowego. Przyszło.<br />
Mieliśmy właśnie telefon z biura szeryfa w Martinez — powie­dział Stary. — Pewien włoski hodowca winogron koło Knob Valley zna­lazł przed paroma dniami nadpaloną fotografię, na której po przejrze­niu dzisiejszej prasy porannej rozpoznał Rut Banbrock. Pojedziesz tam? Zastępca szeryfa czeka na ciebie z tym Włochem w komisariacie w Knob Valley.<br />
Już jadę.<br />
Na przystani promu wykorzystałem brakujące do odjazdu cztery mi­nuty na próbę dodzwonienia się do Pata Reddy, ale bezskutecznie,<br />
Knob Valley jest mieściną o niespełna tysiącu mieszkańców, brudnym, ponurym miasteczkiem w powiecie Contra Costa. Zawiózł mnie tam pociąg lokalny San Francisco — Sacramento wczesnym popołudniem.<br />
Znałem trochę tamtejszego szeryfa — Toma Ortha. Zastałem u niego oczekujących mnie ludzi. Orth przedstawił nas. Zastępcą szeryfa był Abner Paget, niezdarny facet lat czterdziestu z hakiem i o obwisłym podbródku, chudej twarzy i bladych, inteligentnych oczach. Włoski ho­dowca winogron nazywał się Gio Cereghino i był drobnym, orzechowo-brunatnym mężczyzną o mocnych żółtych zębach, które ukazywał w wie­cznym uśmiechu pod czarnym wąsem, i o łagodnych piwnych oczach.<br />
Paget pokazał mi fotografię. Osmalony skrawek papieru wielkości półdólarówki,<br />
zapewne cząstka zdjęcia, której nie strawił ogień. Była to twarz Rut Banbrock. Nie ulegało wątpliwości. Miała osobliwie podnie­cony wyraz — osoby odurzonej — i większe niż na innych fotografiach oczy. Ale twarz była jej.<br />
Mówi, że znalazł to przedwczoraj — wyjaśnił Paget sucho, wska­zując głową Włocha. — Wiatr przywiał mu ją pod nogi, kiedy szedł drogą nie opodal swego domu. Podniósł fotografię i sam nie wiedząc czemu wsadził do kieszeni. — Urwał, żeby przyjrzeć się w zadumie Włochowi. Ten pokiwał z zapałem głową.<br />
Tak czy inaczej — ciągnął zastępca szeryfa — przyjechał dziś ra­no do miasta i zobaczył te zdjęcia w gazetach z Frisco. Przyszedł więc tutaj i powiedział o wszystkim Tomowi, a my z Tomem zadecydowaliś­my, że najlepiej będzie zadzwonić do twojej Agencji, bo jak napisali w gazetach, ty się tą sprawą zajmujesz.<br />
Spojrzałem na Włocha. Paget, czytając w moich myślach, wyjaśnił:<br />
—	Cereghino mieszka na wzgórzach. Ma tam winnice. Jest tu od kil­ku lat i jeszcze nie słyszałem, żeby kogoś zabił.<br />
—	Pamiętasz, gdzie znalazłeś zdjęcie? — spytałem Włocha.<br />
Uśmiech   rozszerzył  się   pod   wąsami, a głowa   zrobiła   ruch   w   górę<br />
i w dół.<br />
Pewnie, że pamiętam.<br />
Jedźmy tam — zaproponowałem Pagetowi.<br />
Tak jest. Jedziesz z nami, Tom?<br />
Szeryf odparł, że nie może. Ma coś do załatwienia w mieście. Wyszli­śmy z Pagetem i Cereghino i wsiedliśmy do zakurzonego forda zastęp­cy szeryfa.<br />
Jechaliśmy blisko godzinę drogą wijącą się zboczem Mount Diablo. Później, na słowo Włocha, zjechaliśmy z szosy powiatowej w jeszcze bardziej pylistą i rozjeżdżoną. Przejechaliśmy tak z milę.<br />
—	To tutaj — powiedział Cereghino.<br />
Paget zatrzymał forda. Wysiedliśmy na polance. Drzewa i krzaki, któ­re rosły po obu stronach drogi, były w tym miejscu cofnięte o jakieś sie­dem metrów od niej, tworząc w lesie mały pylisty krąg.<br />
—	Mniej więcej tutaj — rzekł Włoch. — Wydaje mi się, że przy tym pniu. Ale wiem na pewno,  że między tym a  tamtym zakrętem.<br />
Paget był wieśniakiem. Ja nie. Czekałem na jego ruch.<br />
Rozglądał się po polance, wolno, stojąc pomiędzy mną a Włochem. Niebawem jego blade oczy rozbłysły. Obszedł forda i skierował się na odległy kraniec polanki. Ja i Cereghino szliśmy za nim.<br />
Na skraju polanki, gdzie zaczynały się krzaki, kościsty zastępca sze­ryfa stanął, żeby się przyjrzeć czemuś na ziemi. Były tam ślady opon samochodowych. Jakiś samochód zawracał w tym miejscu.<br />
Paget poszedł dalej w głąb lasu. Włoch niemal deptał mu po piętach. Ja podążałem na końcu. Paget szedł jakimś śladem. Ja tego śladu nie<br />
widziałem,   bo albo on i Włoch  zacierali  go,   albo  taki ze mnie  India­nin. Przeszliśmy w ten sposób kawałek drogi. Paget stanął. Stanął i Włoch.<br />
—	Aha — powiedział Paget, jak gdyby znalazł to, czego się spodzie­wał.<br />
Włoch wyrzekł coś z imieniem Boga. Zgniotłem nogą jakiś krzak przy­suwając się do nich, żeby też zobaczyć to, co oni. I zobaczyłem.<br />
U stóp drzewa, na boku, z kolanami podciągniętymi pod brodę, leża­ła martwa dziewczyna. Nie sprawiała miłego widoku. Ptactwo już się do niej dobrało.<br />
Tabaczkowobrązowy płaszcz był na wpół zdarty z ramion. Wiedzia­łem, że to Rut Banbrock, jeszcze nim obróciłem ją na drugi bok, żeby zobaczyć część twarzy przywartą do ziemi, nie rozdziobaną przez ptaki.<br />
Cereghino stał patrząc na mnie, kiedy przyglądałem się dziewczynie. Na jego twarzy widniał spokojny smutek. Zastępca szeryfa nie zwracał uwagi na zwłoki. Kręcił się w zaroślach przypatrując się śladom na zie­mi. Wrócił do nas właśnie, gdy zakończyłem badanie.<br />
Zastrzelona — powiedziałem — jednym strzałem w skroń. Przed­tem chyba odbyła się walka. Na przyciśniętym ciałem ramieniu są ślady. Nie ma przy niej nic&#8230; ani pieniędzy, ani biżuterii.<br />
Zgadza się — rzekł Paget. — Na polance wysiadły z samochodu dwie kobiety i przyszły tutaj. Może trzy, jeżeli dwie niosły tę. Nie mo­gę się połapać, ile wróciło do samochodu. Jedna była większa od tej tutaj. Zaczęły się szarpać. Znalazłeś pistolet?<br />
Nie.<br />
Ja też nie. Więc pewnie odjechał samochodem. Tam są ślady po ognisku — kiwnął głową w lewo. — Spalone szmaty i papiery. Nic z nich nie zostało. Myślę, że to zdjęcie, które znalazł Cereghino, przy­wiał z ogniska wiatr. W piątek wieczorem, moim zdaniem, albo w so­botę rano&#8230; Nie później.<br />
Uwierzyłem zastępcy szeryfa na słowo. Znał się na swojej  robocie.<br />
—	Chodź, coś ci pokażę — rzekł i poprowadził mnie do kupki po­piołu.<br />
Nie miał mi nic do pokazania. Chciał ze mną porozmawiać, żeby Włoch nas nie słyszał.<br />
Według mnie on jest w porządku — powiedział — ale lepiej za­trzymać go na trochę, żeby się upewnić. To kawał drogi od jego domu, a poza tym coś za bardzo się jąkał, kiedy mi mówił, skąd się tu wziął. Może to i nic nie znaczy. Wszyscy ci Włosi po cichu handlują winem i chyba właśnie dlatego tu się znalazł. Tak czy inaczej zatrzymam go na dzień, dwa.<br />
Dobra — zgodziłem się. — To twój teren i znasz tutejszych ludzi. Mógłbyś się trochę rozejrzeć po okolicy? Może ktoś coś zauważył? Wi­dział kabriolet? Albo co innego? Tobie by to łatwiej poszło.<br />
Rozejrzę się — obiecał.<br />
Świetnie. W takim razie wracam do San Francisco. Zostajesz przy zwłokach?<br />
Tak. Weź mego forda i jedź do Knob Valley. Powiedz Tomowi, co jest co. Niech przyjedzie albo kogoś przyśle. Włocha zatrzymam tutaj.<br />
Czekając na pociąg z Knob Valley, zadzwoniłem do Agencji. Starego nie było. Powiedziałem jednemu z urzędników, o co chodzi, i poprosi­łem, żeby przekazał wiadomość Staremu jak najszybciej.<br />
Kiedy wróciłem do San Francisco, zastałem wszystkich w Agencji, Alfreda Banbrocka z martwą jak kamień różowoszarą twarzą. Jego si­wego i różowego starego adwokata. Pata Reddy&#8217;ego, rozpartego na fo­telu, z nogami opartymi o drugi. Starego z jego dobrotliwymi oczyma za okularami w złotej oprawce i z łagodnym uśmiechem kryjącym fakt, że pięćdziesiąt lat pracy detektywa wyprało go z wszelkich uczuć.<br />
Nikt nie odezwał się słowem, gdy wszedłem. Powiedziałem, co mia­łem do powiedzenia, najkrócej, jak mogłem.<br />
—	Więc tą drugą kobietą&#8230; tą, która zabiła Rut, była?&#8230;<br />
Banbrock nie dokończył pytania. Nikt nie odpowiedział na nie.<br />
Nie wiemy, co tam zaszło — rzekłem po chwili. — Pana córka po­jechała tam z kimś, kogo nie znamy. Może już nie żyła, zanim się tam znalazła. Może ją&#8230;<br />
Ale Mira! — Banbrock szarpał palcami kołnierzyk koszuli. — Gdzie jest Mira?<br />
Nie umiałem na to odpowiedzieć. Ani ja, ani nikt inny.<br />
—	Jedzie pan teraz do Knob Valley? — zapytał.<br />
Nie było mi przykro, że nie mogłem jechać.<br />
—	Nie. Mam tu co innego do roboty. Dam panu kartkę do szeryfa. Chcę, żeby się pan dobrze przyjrzał kawałkowi fotografii, który znalazł Włoch&#8230; może pan ją pamięta.<br />
Banbrock i jego adwokat wyszli.<br />
Reddy zapalił jedno ze swoich ohydnych cygar.<br />
Znaleźliśmy samochód — rzekł Stary.<br />
Gdzie był?<br />
W Sacramento. Zostawiono go w warsztacie w piątek wieczorem al­bo w sobotę rano. Foley pojechał zająć się nim. A Reddy odkrył nowy ślad.<br />
Pat kiwnął głową poprzez dym.<br />
Dziś rano przyszedł do nas właściciel lombardu — powiedział — z wiadomością, że Mira Banbrock i jeszcze jedna dziewczyna były u nie­go w zeszłym tygodniu i zastawiły mnóstwo rzeczy. Podały mu zmy­ślone nazwiska, ale on przysięga, że jedną z nich była Mira. Rozpoznał jej fotografię, gdy tylko zobaczył ją w gazecie. Towarzyszką jej nie była Rut, lecz jakaś drobna blondynka.<br />
Pani Correll?<br />
Aha. Ten zdzierca nie mógłby tego przysiąc, ale moim zdaniem taka jest odpowiedź.  Część biżuterii należała do Miry,  część do Rut,<br />
a część do jeszcze kogoś. To znaczy, że nie możemy na razie dowieść, iż należała do pani Correll&#8230; ale dowiedziemy.<br />
Kiedy się to wszystko stało?<br />
Upłynniły biżuterię w poniedziałek, przed wyjazdem.<br />
Widziałeś się z Correllem?<br />
Aha. Dużo się nagadałem, ale niewiele z niego wyciągnąłem. Mó­wił, że nie wie, czy jakaś biżuteria żony zginęła czy nie, i nic go to nie obchodzi. Należała do niej, mówił, więc żona mogła z nią zrobić, co chciała. Był trochę niemiły. Lepiej mi poszło z jedną z pokojówek. Po­wiedziała, że w zeszłym tygodniu trochę błyskotek pani Correll zni­kło. Podobno pożyczyła je swojej przyjaciółce. Jutro pokażę pokojówce te rzeczy z lombardu, może potrafi je zidentyfikować. Nic poza tym nie wiedziała&#8230; jeszcze tylko to, że pani Correll znikła na pewien czas z planu w piątek&#8230; w dzień wyjazdu Banbrockówien.<br />
Co to znaczy, znikła z planu? — zapytałem.<br />
Wyszła z domu późnym rankiem i wróciła dopiero o trzeciej w nocy. Mąż zrobił jej o to awanturę, ale nie chciała mu powiedzieć, gdzie była.<br />
To mi się podobało. Mogło coś znaczyć.<br />
A poza tym — ciągnął Pat — Correll właśnie sobie przypomniał, że jego żona miała wuja w Pittsburghu, który zwariował w 1902 roku, i żyła w chorobliwym lęku przed chorobą umysłową. Często jakoby ma­wiała, że zabiłaby się, gdyby miała zwariować. Czy to nie miło z jego strony, że sobie wreszcie o tym przypomniał? Żeby wytłumaczyć jej śmierć?<br />
Bardzo miło — przyznałem — ale to nam nic nie daje. Nawet nie świadczy, że on coś wie. Przypuszczam, że&#8230;<br />
Do diabła z przypuszczeniami — rzekł Pat wstając i poprawiając kapelusz. — Nic mnie twoje przypuszczenia nie obchodzą. Idę do domu zjeść kolację, poczytać Pismo święte i położyć się spać.<br />
Chyba tak zrobił. W każdym razie wyszedł.<br />
Wszyscy mogliśmy spędzić następne trzy dni w łóżkach sądząc z ko­rzyści, jakie nam przyniosło nasze uganianie. Żadne z odwiedzonych miejsc, żadna z odbytych rozmów nie wniosła do sprawy nic nowego. Byliśmy w ślepej uliczce.<br />
Dowiedzieliśmy się, że kabriolet locomobile zostawiła w Sacramento Mira Banbrock, a nie ktokolwiek inny, ale nie dowiedzieliśmy się, do­kąd następnie się udała. Dowiedzieliśmy się, że część biżuterii zastawio­nej w lombardzie należała do pani Correll. Sprowadzono samochód z Sacramento. Pani Correll została pochowana. Gazety znalazły sobie inne tajemnice, a my z Patem Reddym grzebaliśmy i grzebali, inni­ czego nie mogli się dogrzebać.<br />
Następny poniedziałek przyniósł mi poczucie, że oto doszedłem do kresu moich możliwości. Mogłem już tylko siedzieć i czekać, aż Ogło­szenia,  którymi   oblepiliśmy  całą   Amerykę   Północną,   przyniosą   jakieś<br />
rezultaty. Reddy został odkomenderowany do innych, nowszych zadań. Ja nie porzucałem tej sprawy, ponieważ Banbrock prosił, abym nie szczędził wysiłków, póki istnieje choćby cień nadziei. Ale do tego po­niedziałku wyczerpałem wszelkie możliwości.<br />
Przed udaniem się do biura Banbrocka, aby mu oświadczyć, że je­stem bezradny, wstąpiłem do Gmachu Sprawiedliwości zamienić z Pa­tem Reddym ostatnie parę słów na temat sprawy, przed złożeniem jej do grobu. Siedział schylony nad biurkiem pisząc jakiś raport.<br />
Jak się masz! — powitał mnie odsuwając raport i obsypując go po­piołem z cygara. — Jak ci idzie z tą sprawą Banbrocka?<br />
Wcale mi nie idzie — przyznałem się. — Aż się wierzyć nie chce, że mając w ręku taką kupę danych, utknęliśmy w martwym punkcie! Musi być przecież jakieś rozwiązanie. Potrzeba pieniędzy przed jednym i drugim nieszczęściem, u Banbrocków i Correllów, samobójstwo pani Correll, kiedy ją zapytałem o dziewczęta, fakt, że spaliła jakieś rzeczy przed śmiercią, i spalenie jakichś rzeczy tuż przed lub zaraz po śmier­ci Rut Banbrock.<br />
Może cały kłopot w tym — zasugerował Pat — że ty nie jesteś dobrym detektywem.<br />
Może.<br />
Po tej jego obelżywej uwadze paliliśmy kilka chwil w milczeniu.<br />
Bo rozumiesz — rzekł w końcu Pat — między zniknięciem Ban-brockówien i śmiercią jednej z nich a śmiercią pani Correll wcale nie musi istnieć żaden związek.<br />
Może nie musi. Ale na pewno jest związek między zniknięciem Banbrockówien i śmiercią jednej z nich. Zanim to się stało, istniał zwią­zek&#8230; w lombardzie.., między postępowaniem Banbrockówny i pani Cor­rell. Jeśli on na tym polega, wówczas..i — urwałem, bo w głowie mi się nagle zaroiło od pomysłów.<br />
Co się stało? — spytał Pat. — Zamurowało cię?<br />
Słuchaj! — Byłem pełen entuzjazmu. — Wiemy, co się stało z trze­ma związanymi z sobą kobietami. Gdyby tak móc dołączyć jeszcze kilka do tego wianuszka&#8230; potrzebne mi nazwiska i adresy wszystkich kobiet i dziewcząt w San Francisco, które w ciągu minionego roku popełniły samobójstwa, zostały zamordowane lub znikły bez wieści.<br />
Myślisz, że to jest hurtowy interes?<br />
—	Myślę, że im więcej osób zdołamy powiązać, tym więcej uzyskamy tropów do prześledzenia. A przecież wszystkie nie mogą prowadzić do­ nikąd. Sporządźmy taką listę, Pat!<br />
Straciliśmy na jej sporządzenie całe popołudnie i większą część nocy. Lista była ogromna. Wyglądała jak część książki telefonicznej. Dużo się dzieje w mieście w ciągu roku. Część dotycząca zaginionych żon i córek była największa, potem szły samobójstwa, ale nawet najmniejsza — do­tycząca zabójstw — wcale nie była krótsza.<br />
To co policja wiedziała o nich i ich motywach, pozwoliło nam na wy-<br />
kreślenie nazwisk tych osób, które nie mogły być w żaden sposób zwią­zane z interesującą nas sprawą. Pozostałe podzieliliśmy na dwie grupy: o bardziej lub mniej prawdopodobnych z nią powiązaniach. Nawet wte­dy ta pierwsza grupa była liczniejsza, niż oczekiwałem lub się spo­dziewałem. Było w niej sześć samobójstw, trzy morderstwa i dwadzieścia jeden zaginięć.<br />
Reddy miał co innego do roboty. Wetknąłem listę do kieszeni i za­cząłem odwiedzać ludzi.<br />
Przez cztery dni pracowałem nad tą listą. Odnajdywałem, wypytywa­łem i przesłuchiwałem przyjaciół i krewnych kobiet i dziewcząt z listy. Wszystkie moje pytania zmierzały do tego samego. Czy dana osoba znała Mirę Banbrock? Rut? Panią Correll? Czy przed śmiercią lub zniknięciem potrzebowała pieniędzy? Czy przed śmiercią lub zniknięciem coś znisz­czyła. Czy znała którąś z innych kobiet na liście?\<br />
Trzy razy otrzymałem odpowiedź twierdzącą.<br />
Sylwia Varney, dwudziestoletnia dziewczyna, która popełniła samo­bójstwo 5 października, podjęła z banku sześćset dolarów na tydzień przed śmiercią. Nikt z rodziny nie umiał powiedzieć, co zrobiła z pie­niędzmi. Przyjaciółka Sylwii Varney, Ada Youngman, dwudziestokil­kuletnia zamężna kobieta, 2 grudnia zaginęła bez wieści i do tej pory nie została odnaleziona. Sylwia była u pani Youngman w domu na go­dzinę przed swoją śmiercią.<br />
Pani Dorota Sawdon, młoda wdowa, zastrzeliła się 13 grudnia w no­cy. Nie znaleziono nawet śladu po pieniądzach, które zostawił jej mąż, ani po funduszach klubu, którego była skarbniczką. Nie znaleziono rów­nież grubego listu, wręczonego jej przez pokojówkę w poprzednie po­południe.<br />
Związek tych trzech kobiet ze sprawą Banbrock — Correll był do­syć luźny. Żadna z nich nie uczyniła niczego, czego by nie uczyniło dziewięć na dziesięć&#8217; kobiet, które popełniają samobójstwo lub ucieka­ją z domu. Ale kłopoty wszystkich trzech nasiliły się w ciągu minio­nych kilku miesięcy&#8230; — i wszystkie trzy zajmowały podobną jak pani Correll i Banbrockówny pozycję społeczną i finansową.<br />
Doszedłszy do końca listy bez rezultatów, wróciłem do tych trzech kobiet.<br />
Miałem nazwiska i adresy sześćdziesięciorga dwojga przyjaciół Ban-brockówien. Zabrałem się do sporządzania podobnego katalogu odnoś­nie do trzech kobiet, które usiłowałem włączyć do gry. Nie musiałem robić tego wszystkiego sam. Na moje szczęście kilku agentów nie miało akurat wtedy nic innego do roboty.<br />
Dogrzebaliśmy się czegoś.<br />
Pani Sawdon znała Raymonda Elwooda. Sylwia Varney też znała Ray­monda Elwooda. Nic nie wskazywało na to, że i pani Youngman go znała, ale i nic tego nie wykluczało. Bardzo się przyjaźniła z Sylwią.<br />
Rozmawiałem już z Raymondem Ełwoodem   w   związku   ze   sprawą<br />
Banbrockówien, ale nie zwróciłem na niego specjalnej uwagi. Uznałem go za jednego z tych ugrzecznionych, gładko przylizanych młodych lu­dzi, z których tak wielu jest notowanych na policji.<br />
Wróciłem teraz do niego z pełnym zainteresowaniem. Wynik okazał się ciekawy.<br />
Jak już mówiłem, Ełwood miał biuro pośrednictwa handlu nierucho­mościami przy Montgomery Street. Nie zdołaliśmy natrafić na ślad ist­nienia choćby jednego klienta tego biura. Elwood mieszkał samotnie w Sunset District. Zajmował to mieszkanie zaledwie od dziesięciu mie­sięcy, ale też nie mogliśmy dokładnie ustalić, kiedy się wprowadził. Naj­wyraźniej nie miał żadnych krewnych w San Francisco. Należał do kil­ku modnych klubów. Napomykano coś niejasno o jego „dobrych powią­zaniach na Wschodzie. Szastał pieniędzmi.<br />
Nie mogłem sam śledzić Elwooda, ponieważ ostatnio go przesłuchiwa­łem. Dick Foley zrobił to za mnie. Przez pierwsze trzy dni, kiedy Dick go śledził, Elwood rzadko bywał w swoim biurze. Rzadko też odwie­dzał dzielnicę bankową. Chodził natomiast do swoich klubów, tańczył, pił herbatę i tak dalej, i każdego dnia bywał w pewnym domu na Te-legraph Hill.<br />
Pierwszego popołudnia udał się tam z wysoką, jasnowłosą dziewczy­ną z Burlingame. Drugiego dnia, wieczorem, z pulchną młodą kobietą, która wyszła z domu przy Broadwayu. Trzeciego wieczoru z bardzo młodziutką dziewczyną, która prawdopodobnie mieszkała w tym samym domu, co on.<br />
Zwykle Elwood i jego towarzyszka spędzali w domu na Telegraph Hill od trzech do czterech godzin. W czasie, gdy Dick dom ten obserwował, wchodzili tam i wychodzili inni ludzie — wszyscy wyraźnie zamożni.<br />
Wspiąłem się na- Telegraph Hill, żeby się dobrze przyjrzeć temu do­mowi. Był to wielki drewniany dom koloru jajecznicy. Stał niepewnie nad wysoką skarpą, gdzie niegdyś wybrano kamień. Wyglądał, jakby się szykował do szusu po dachach daleko w dole. Nie miał bezpośrednich sąsiadów. Dojście do niego było osłonięte krzakami i drzewami.<br />
Poświęciłem tej części wzgórza kawał rzetelnej roboty odwiedzając wszystkie domy w odległości strzału od żółtego. Nikt o nim ani o jego mieszkańcach nic nie wiedział. Mieszkańcy Wzgórza nie są specjalnie ciekawi — prawdopodobnie dlatego, że w większości sami mają coś do ukrycia.<br />
Moje wspinanie po wzgórzu nie dało mi nic, póki się nie dowiedzia­łem, kto jest właścicielem żółtego domu. Była nim firma, której powier­nictwem zajmowała się Spółka Powiernicza West Coast.<br />
Przeniosłem więc dochodzenie na tę spółkę powierniczą i dowiedzia­łem się, że przed ośmioma miesiącami dom wydzierżawił Raymond ElWood występujący w imieniu klienta nazwiskiem T. F. Maxwell.<br />
Nie mogliśmy znaleźć Maxwella.  Nie mogliśmy znaleźć  nikogo,  kto  by znał Maxwella. Nie mogliśmy znaleźć żadnych dowodów, że Maxwell jest czymś więcej<br />
niż nazwiskiem.<br />
Jeden z agentów poszedł do żółtego domu na wzgórzu i dzwonił do drzwi z pół godziny, lecz nikt mu nie otworzył. Nie ponowiliśmy tej próby, aby nie wzniecać za wiele hałasu na tym etapie.<br />
Wybrałem się drugi raz na wzgórze, w poszukiwaniu mieszkania. Nie znalazłem nic tak blisko, jakbym chciał, ale udało mi się wynająć trzypokojowe mieszkanie, z którego można było obserwować dojście do żółtego domu.<br />
Stanęliśmy tam z Dickiem obozem — a także z Patem Reddym, gdy nie miał innych obowiązków — i patrzyliśmy, jak samochody skręcają w osłoniętą alejkę wiodącą do domu koloru jajecznicy. Przyjeżdżały po­południami i wieczorami. W większości wiozły kobiety. Nie zobaczyliśmy nikogo, kto mógłby być mieszkańcem tego domu. Elwood przyjeżdżał codziennie, raz sam, kiedy indziej z kobietami, których twarzy nie mo­gliśmy zobaczyć z naszego okna.<br />
Kazaliśmy śledzić niektórych gości. Wszyscy bez wyjątku byli bardzo zamożni i często należeli do najwyższych kręgów towarzyskich. Nie na­gabywaliśmy nikogo z nich. Nawet najlepiej obmyślany pretekst może zepsuć całą robotę, zwłaszcza gdy działa się na ślepo.<br />
Trzy dni czegoś takiego&#8230; i wreszcie uśmiech szczęścia.<br />
Był wczesny wieczór, tuż po zmroku. Pat Reddy zadzwonił, że miał służbę przez dwa dni i jedną noc, więc będzie ją odsypiał dwadzieścia cztery godziny. Siedzieliśmy z Dickiem przy oknie naszego mieszka­nia obserwując samochody, które skręcały do żółtego domu, i zapisy­waliśmy ich numery, gdy przejeżdżały przez błękitnobiałą plamę świa­tła lampy łukowej tuż pod oknem.<br />
Jakaś kobieta szła drogą pod górę. Była wysoka, mocno zbudowana. Twarz miała zakrytą ciemną woalką, lecz nie aż tak ciemną, by za­raz dać wszystkim do zrozumienia, że chce ukryć rysy twarzy. Szła ko­ło naszego mieszkania, po przeciwnej stronie drogi.<br />
Nocny wiatr znad Pacyfiku poskrżypywał sklepowym szyldem na dole i bujał lampą łukową na słupie. Kobieta wyszła zza osłony naszego bu­dynku i wpadła w podmuch wiatru. Płaszcz i spódnica oplotły się wo­kół niej. Odwróciła się tyłem do wiatru przytrzymując ręką kapelusz. Woalka sfrunęła z jej twarzy.<br />
Ta twarz była twarzą z fotografii — twarzą Miry Banbrock.<br />
Dick rozpoznał ją wraz ze mną.<br />
Nasza zguba! — wykrzyknął zrywając się na nogi.<br />
Czekaj — powiedziałem. — Ona idzie do tej meliny na skraju wzgórza. Niech sobie idzie. Pójdziemy za nią, jak wejdzie do środka. To będzie dobry pretekst, żeby  przeszukać dom.<br />
Wszedłem do sąsiedniego pokoju, gdzie był telefon, i wykręciłem nu­mer  Pata Reddy&#8217;ego.	,<br />
—	Nie poszła tam — krzyknął Dick od okna. — Minęła alejkę.<br />
—	Leć za nią! — rozkazałem. — To nie ma sensu! Co się z nią sta­ło? — Czułem się niemal oburzony. — Musi tam wejść! Idź za nią. Znajdę cię, tylko dam znać Patowi.<br />
Dick wyszedł.<br />
Słuchawkę podniosła żona Pata. Przedstawiłem się.<br />
Może pani zrzucić Pata z łóżka i przysłać go do mnie? On wie, gdzie jestem. Proszę mu powiedzieć, że jest mi natychmiast potrzebny.<br />
Zrobię to — obiecała. — Będzie tam za dziesięć minut&#8230; gdziekol­wiek to jest.<br />
Wyszedłem na drogę i zacząłem szukać Dicka i Miry Banbrock. Ni­gdzie ich nie widziałem. Minąłem zarośla zasłaniające żółty dom i po­szedłem dalej, okrążając kamienną alejkę po lewej ręce. Ani śladu po obojgu.<br />
Zawróciłem akurat w porę, żeby zobaczyć Dicka wchodzącego do na­szego domu. Pospieszyłem z powrotem.<br />
—	Jest w środku — powiedział, gdy go dogoniłem. — Poszła drogą, potem przez krzaki, na skraj urwiska i wśliznęła się przez piwniczne okienko.<br />
Świetnie. Z zasady im bardziej wariacko się zachowują ludzie, któ­rych śledzisz, tym bliższy jesteś końca swoich zmartwień.<br />
Reddy przyjechał zaledwie parę minut po czasie, który wyznaczyła jego żona. Wszedł dopinając na sobie ubranie.<br />
Co, u diabła, powiedziałeś Althei? — warknął do mnie. — Kaza­ła mi włożyć płaszcz na piżamę, resztę ubrania wrzuciła do samochodu i musiałem ubierać się po drodze.<br />
Pozwól, że będę z tobą płakał później — zlekceważyłem jego ża­le. — Mirą Banbrock przed chwilą weszła do żółtego domu przez piw­niczne okno. Elwood jest tam od godziny. Kończmy tę sprawę.<br />
Pat jest roztropny.<br />
Powinniśmy mieć nakaz — wzbraniał się.<br />
Oczywiście — przyznałem mu rację — ale możesz zająć się tym później. Po to tutaj jesteś. Policja powiatowa Contra Costa jej szuka&#8230; żeby ją oskarżyć o morderstwo. To cała wymówka, jakiej nam potrze­ba, żeby wejść do tej meliny. Idziemy tam po nią. Jeżeli przypadkiem trafimy na coś innego, to tym lepiej.<br />
Pat skończył dopinać guziki kamizelki.<br />
No dobrze już, dobrze! — rzekł cierpko. — Niechaj będzie po twojemu. Ale jak mnie wyleją za tę bezprawnie przeprowadzoną re­wizję, będziesz mi musiał dać pracę w tej twojej agencji łamania prawa.<br />
Zgoda — powiedziałem, po czym zwróciłem się do Foleya. — Ty będziesz musiał zostać na zewnątrz, Dick. Uważaj na uciekinierów. Ni­komu nie wchodź w drogę, ale jak zobaczysz Banbrockównę, nie odstę­puj jej na krok.<br />
Spodziewałem się — jęknął Dick. — Ilekroć szykuje się jakaś za­bawa, ja zawsze muszę tkwić na rogu ulicy!<br />
Pat Reddy i ja poszliśmy prosto osłoniętą krzakami alejką do fron­towych drzwi żółtego domu i zadzwoniliśmy.<br />
Drzwi otworzył ogromny Murzyn w czerwonym fezie, czerwonej jed­wabnej kurtce włożonej na jedwabną koszulę w czerwone paski, w czer­wonych spodniach żuawa i czerwonych pantoflach. Wypełniał sobą całe drzwi na tle czerni hallu za plecami.<br />
—	Jest pan Maxwell? — zapytałem.<br />
Murzyn potrząsnął głową i powiedział coś w nie znanym mi języku.<br />
—	A pan Elwood?<br />
Znowu potrząsnął głową i znów powiedział coś niezrozumiale.<br />
—	No to zobaczymy, kto jest.<br />
Z galimatiasu nic dla mnie nie znaczących słów wyłowiłem trzy znie­kształcone angielskie, w których się domyśliłem: „pana&#8221;, „domu&#8221; i „nie ma&#8221;.<br />
Drzwi zaczęły się przymykać. Przytrzymałem je nogą.<br />
Pat błysnął swoją odznaką policyjną.<br />
Murzyn, chociaż nie mówił po angielsku, świetnie się znał na odzna­kach policyjnych.<br />
Tupnął w podłogę za sobą. W głębi domu zabrzmiał ogłuszająco gong.<br />
Murzyn naparł całym ciężarem na drzwi.<br />
Zaparłszy się mocno nogą, którą blokowałem drzwi, okręciłem się i przechyliłem w stronę Murzyna.<br />
Hakiem z dołu, od biodra, wyrżnąłem go w brzuch.<br />
Reddy pchnął drzwi i wtargnęliśmy do hallu.<br />
—	O rany! — wydyszał Murzyn z niezłym wirgińskim akcentem —<br />
aleś mnie zdzielił, ty gruby konusie!<br />
Minęliśmy go idąc w głąb hallu, który był pogrążony w mroku. . Zatrzymałem się namacawszy nogami schody.<br />
Na górze rozległ się wystrzał rewolwerowy. Chyba strzelano do nas. Ale nie trafiono.<br />
—	Na górę, chłopcze! — wrzasnął mi Reddy do ucha.<br />
Pobiegliśmy schodami na górę. Nie znaleźliśmy człowieka, który do nas strzelał.<br />
U szczytu schodów znajdowały się zamknięte drzwi. Reddy wyważył je swoim wielkim cielskiem.<br />
Znaleźliśmy się w blasku błękitnawego światła. Pokój był wielki, cały w złocie i purpurze. Poprzewracane meble, zmięte dywany. Przy drzwiach w drugim końcu leżał szary pantofel. Na środku pokoju zie­lona suknia jedwabna. W pokoju nie było nikogo.<br />
Pobiegłem z Patem na wyścigi do drzwi za zasłoną, przy których leżał pantofel. Nie były zamknięte na klucz. Reddy otworzył je na oścież.<br />
Ujrzeliśmy w kącie trzy skulone dziewczyny i mężczyznę, wszyscy czworo mieli wystraszone twarze. Żadne z nich nie było Mirą Banbrock, Raymondem Elwoodem ani nikim nam znanym.<br />
Przyjrzawszy się im, szybko przestaliśmy zwracać na nich uwagę.<br />
Przyciągnęły ją otwarte drzwi po drugiej strome.<br />
Za drzwiami mieścił się niewielki pokoik.<br />
Panował w nim chaos.<br />
Ten mały pokoik był wypełniony, załadowany ludzkimi ciałami. Ży­wymi ciałami, kłębiącymi się, drgającymi. Stanowił jakby lejek, do któ­rego spływali mężczyźni i kobiety. Kłębili się hałaśliwie przy okienku, które było jak wylot lejka. Mężczyźni i kobiety, młodzi ludzie i dziew­czyny, wszyscy krzyczeli, szamotali się, cisnęli, zmagali. Niektórzy nie mieli na sobie nic.<br />
Przebijemy się i zablokujemy okno! — wrzasnął mi Pat do ucha.<br />
Diabła&#8230; — zacząłem mówić, ale on już się wdarł w to kłębowisko. Ruszyłem za nim.<br />
Nie zamierzałem blokować okna. Chciałem ocalić Pata przed jego własną głupotą. Nawet pięciu ludzi nie zdołałoby się przebić przez to wrące kłębowisko maniaków. Nawet dziesięciu nie potrafiłoby ich ode­rwać od tego okna.<br />
Pat, mimo że jest ogromny, leżał na ziemi, kiedy do niego dobrną­łem. Na wpół rozebrana dziewczyna, prawie dziecko, deptała mu po twarzy ostrymi obcasami. Ręce, nogi okładały gQ całego.<br />
Uwolniłem go tłukąc lufą rewolweru pb t%varzach i rękach&#8230; odciąg­nąłem w tył.<br />
—	Miry tu nie ma! — wrzasnąłem mu do ucha, pomagając się pod­<br />
nieść. — Elwooda też!<br />
Nie miałem pewności, ale ich nie widziałem, poza tym wątpiłem, że będą w tym tłoku. Dzicz, która rzuciła się znowu do okna nie zwraca­jąc zupełnie na nas uwagi, kimkolwiek była, nie należała na pewno do wtajemniczonych. Była tłuszczą, wśród której nie powinni znajdować się przywódcy.<br />
—	Sprawdzimy inne pokoje! — wrzasnąłem znowu. — Tych ludzi nie<br />
chcemy.<br />
Pat potarł pokiereszowaną twarz wierzchem dłoni i roześmiał się.<br />
—	Ja już ich na pewno nie chcę — rzekł.<br />
Wróciliśmy na podest, skąd przyszliśmy. Nie napotkaliśmy nikogo. Mężczyzna i dziewczęta, którzy byli w sąsiednim pokoju, gdzieś znikli.<br />
U szczytu schodów przystanęliśmy. Nie słyszeliśmy żadnych odgłosów, prócz słabej z tego miejsca wrzawy podnoszonej przez cisnących się do okna wariatów.<br />
Na dole zamknęły się z trzaskiem jakieś drzwi.<br />
Ktoś, wyrosły nagle jak spod ziemi, ugodził mnie z tyłu, rozpłaszczył na podeście.<br />
Poczułem na policzku dotyk jedwabiu. Krzepka dłoń sięgnęła mi do gardła.<br />
Zgiąłem rękę tak, że trzymany w dłoni pistolet dotykał na płask mojego policzka. Modląc się o całość własnego ucha pociągnąłem języczek spustowy.<br />
Policzek zapiekł ogniem. W głowie mi huczało, jakby miała pęknąć.<br />
Jedwab ześliznął się.<br />
Pat dźwignął mnie na nogi.<br />
Ruszyliśmy schodami w dół.<br />
Świst!<br />
Coś przemknęło koło mojej twarzy, rozwiewając włosy.<br />
Tysiące odłamków szkła, porcelany, tynku eksplodowało u moich stóp.<br />
Uniosłem równocześnie głowę i pistolet.<br />
Obleczone czerwonym jedwabiem ramiona Murzyna były jeszcze roz­postarte nad balustradą.<br />
Posłałem mu dwie kule. Pat też posłał dwie..<br />
Murzyn kiwnął się przez barierkę.<br />
Runął na nas z wyciągniętymi przed siebie rękami — łabędzi skok nieboszczyka.<br />
Czmychnęliśmy po schodach.<br />
Padając zatrząsł całym domem, ale już nie patrzyliśmy na niego.<br />
Uwagę naszą zajęła gładka, przylizana głowa Raymonda Elwooda. W świetle padającym z góry ukazała się na jeden ukradkowy ułamek sekundy zza słupka balustrady u stóp schodów. Ukazała się i znikła.<br />
Pat  Reddy,  bliższy  niż ja poręczy,   przesadził   ją   i   opadł   w   czerń<br />
w dole.<br />
Dwoma susami znalazłem się u stóp schodów, chwyciwszy się słupka zrobiłem zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i skoczyłem w nagle hałaśli­wy mrok hallu.<br />
Wyrżnąłem w niewidoczną ścianę. Odbiwszy się od przeciwległej wpa­dłem do pokoju, gdzie panująca za firankami szarość wydawała się ist­nym blaskiem dnia po ciemnościach hallu.<br />
Pat Reddy stał trzymając się jedną ręką oparcia, a drugą przyciskając brzuch. Twarz miał mysio szarą. Oczy udręczone, szkliste. Wyglądał jak człowiek, którego kopnięto.;<br />
Spróbował się uśmiechnąć, ale mu się nie udało. Wskazał ruchem gło­wy w głąb domu. Wróciłem tam.<br />
W małym korytarzyku znalazłem Raymonda Elwooda.<br />
Łkając szarpał jak szalony klamkę zamkniętych drzwi. Twarz miał białą jak kreda z najwyższego przerażenia.<br />
Zmierzyłem wzrokiem dzielącą nas odległość.<br />
Odwrócił się w chwili, gdy skoczyłem.<br />
Włożyłem wszystkie siły w uderzenie rewolwerem z góry&#8230;<br />
Tona mięsa i kości spadła na moje plecy.<br />
Wyrżnąłem w ścianę tracąc oddech, na miękkich nogach, chory.<br />
Ścisnęły mnie ramiona w czerwonym jedwabiu, zakończone brązowy­mi dłońmi.<br />
Czyżby tu był cały pułk tych barwnie odzianych Murzynów, myślałem, czy też bez przerwy zderzam się z tym samym?<br />
Ten nie zostawił mi dużo czasu do myślenia.<br />
Był wielki. Silny. Nie zdradzał dobrych zamiarów.<br />
Rękę z pistoletem miałem przyciśniętą płasko do boku, wyprostowa­ną. Próbowałem postrzelić Murzyna w nogę. Nie trafiłem. Spróbowałem jeszcze raz. Murzyn odsunął nogę. Przekręciłem się w jego uchwycie, stając do niego bokiem.<br />
Elwood naparł na mnie z drugiej strony.<br />
Murzyn pchał mnie w tył, zginając mi kręgosłup w harmonijkę.<br />
Walczyłem, aby utrzymać sztywne kolana. Za wielki jednak ciężar mnie przygniatał. Kolana mi się zgięły. Moje ciało odgięło się do tyłu.<br />
W drzwiach zakołysała się sylwetka Pata Reddy, ukazała się ponad ramieniem Murzyna świetlista niczym Archanioł GabrieL,<br />
Twarz Pata była szara z bólu, lecz oczy miał przytomne. W prawej dłoni trzymał pistolet. Lewą wyciągał sprężynę z tylnej kieszeni.<br />
Spuścił sprężynę na ogolony łeb Murzyna.<br />
Murzyn puścił mnie potrząsając głową.<br />
Pat zdążył go uderzyć jeszcze raz, nim Murzyn zwarł się z nim&#8230; uderzył Murzyna prosto w twarz, lecz nie zdołał go obezwładnić.<br />
Szarpnąwszy uwolnioną rękę z pistoletem w górę przewierciłem kulą pierś Elwooda, który osunął się po mnie na podłogę.<br />
Murzyn przyparł Pata do ściany, dając mu się dobrze we znaki. Jego szerokie czerwone plecy były świetnym celem.&#8217;<br />
Zużyłem już pięć z sześciu kul w magazynku. Miałem naboje w kie­szeni, lecz ładowanie wymaga czasu.<br />
Wysupłałem się z osłabłych ramion Elwooda i zabrałem za Murzyna. Miał wałek tłuszczu w miejscu, gdzie czaszka łączy/się z szyją. Kie­dy uderzyłem w to miejsce na płask pistoletem po raz trzeci, zwalił się z nóg pociągając Pata za sobą.<br />
Odtoczyłern go na bok. Jasnowłosy detektyw — teraz już nie bardzo jasnowłosy — wstał z podłogi.<br />
W końcu korytarza były otwarte drzwi wiodące do kuchni.<br />
Podeszliśmy z Patem do tych, z którymi się szarpał Elwood.<br />
Były wykonane bardzo solidnie i miały porządny zamek.<br />
Sprzągłszy się uderzyliśmy w nie połączonym ciężarem stu osiemdzie­sięciu kilogramów.<br />
Zadrżały, ale nie puściły. Uderzyliśmy jeszcze raz. Lekko się naddały.<br />
Jeszcze raz.<br />
Drzwi&#8217; ustąpiły. Wpadliśmy w nie&#8230; turlając się, tocząc po schodach&#8230; i zatrzymaliśmy się na cementowej podłodze.<br />
Pat wrócił do życia pierwszy.<br />
— Jesteś piekielny akrobata — rzekł. — Złaź mi z karku!<br />
Wstałem. On wstał również. Wyglądało na to, że spędzimy cały wie­czór na padaniu i podnoszeniu się z podłogi.<br />
Namacałem kontakt przy ramieniu. Zapaliłem światło.<br />
Jeżeli wyglądałem choć trochę jak Pat, to wyglądaliśmy obaj kosz­marnie. Był potłuczony i brudny, i miał niewiele na sobie, aby to ukryć]<br />
Niemiło mi było na niego patrzeć, więc rozejrzałem się po suterenie, w której się znajdowaliśmy. W głębi stał piec do centralnego, kosze z węglem i stos drewna. Od frontu korytarz i drzwi do pomieszczeń, usytuowanych identycznie jak na górze.<br />
Pierwsze drzwi były zamknięte na klucz, ale zaraz puściły i wpadliś­my do ciemni fotograficznej.<br />
Drugie były otwarte i prowadziły do laboratorium chemicznego z retortami, probówkami, palnikami i małą kolumną rektyfikacyjną. Po­środku stał krągły piecyk żelazny. W pomieszczeniu nie było nikogo.<br />
Wyszliśmy na korytarz i podeszliśmy do trzecich drzwi. Bez specjalne­go entuzjazmu. Wyglądało na to, że nic w tej suterenie nie znajdziemy. Tracimy tylko czas. Powinniśmy zostać na górze. Spróbowałem drzwi.<br />
Ani drgnęły.<br />
Naparliśmy na nie całym ciężarem, na próbę. Nic.<br />
—	Zaczekaj.<br />
Pat podszedł do stosu drewna w głębi i wrócił z siekierą. Uderzył z rozmachem w drzwi, odłupując kawał drewna. W powstałym otworze zalśniły srebrzyste iskierki blasku. Drzwi były od wewnątrz pokryte płytą żelazną lub stalową.<br />
Pat opuścił siekierę i oparł się na toporzysku.<br />
—	Teraz kolej na ciebie.<br />
Nie miałem żadnego innego pomysłu, jak zaproponować:<br />
—	Ja zostanę tutaj, a ty leć na górę zobaczyć, czy nie pokazał się który z twoich gliniarzy. To zakazana dziura, ale ktoś mógł dać znać na komendę. Sprawdź, czy nie dałoby się dostać jakoś inaczej do tego pomieszczenia&#8230; może przez okno&#8230; albo znajdź kogoś do pomocy, żebyś­ my mogli wyważyć te drzwi.<br />
Pat zwrócił się ku schodom.<br />
Zatrzymał go jakiś dźwięk&#8230; trzask odsuwanych rygli z drugiej stro­ny drzwi.<br />
Jednym skokiem znalazł się u jednej framugi, ja zaś u drugiej.<br />
Drzwi zaczęły wolno się uchylać. Za wolno.<br />
Kopniakiem otworzyłem je na oścież.<br />
Wpadliśmy po tym moim kopie obaj do środka.<br />
Pat zawadził ramieniem jakąś kobietę. Zdążyłem ją pochwycić, aby nie upadła.<br />
Pat zabrał jej pistolet. Postawiłem ją na nogach.<br />
Miała twarz białą jak papier.<br />
Była to Mira Banbrock, ale bez krzty tej męskości, jaka przeglądała z fotografii i opisów.<br />
Podtrzymując ją jednym ramieniem&#8230; którym również blokowałem jej ręce&#8230; rozglądałem się po pomieszczeniu.<br />
Był to mały pokoik o ścianach z pomalowanego na brązowo metalu. Na podłodze leżał śmieszny martwy człowieczek.<br />
Człowieczek w mocno dopasowanym ubraniu z czarnego jedwabiu i aksamitu. Czarna aksamitna kurtka i pumpy, czarne jedwabne pończo­chy i czapeczka, czarne lakierki. Twarz miał drobną, starą i kościstą, lecz gładką jak kamień, bez choćby jednej zmarszczki.<br />
W bluzce zapiętej wysoko pod szyję widniała dziura. Ciekła z niej wolniutko krew. Wygląd podłogi wokół wskazywał na to, że krwawie­nie jeszcze niedawno było szybsze.<br />
Za nim widniał otwarty sejf. Na podłodze leżały papiery, jakby ktoś przechylił sejf, aby je z niego wysypać.<br />
Dziewczyna poruszyła się w moim uchwycie.  — Ty go zabiłaś? — spytałem.<br />
Tak — odparła tak słabo, że ktoś stojący dalej niż o metr już by tego nie usłyszał.<br />
Dlaczego?<br />
Znużonym ruchem głowy odrzuciła  krótkie  brązowe  włosy z  oczu.<br />
Czy to nie wszystko jedno? — spytała. — Zabiłam.<br />
Nie wszystko jedno — powiedziałem puszczając ją i podchodząc do drzwi, aby je zamknąć. Ludzie zazwyczaj mówią swobodniej w po­koju za zamkniętymi drzwiami. — Pracuję dla pani ojca. Pan Reddy jest detektywem policyjnym. Żaden z nas nie może oczywiście łamać jakichkolwiek praw, ale jeżeli nam powiesz, o co chodzi, może ci jakoś pomożemy.<br />
Pracuje pan dla ojca? — dopytywała się.<br />
Tak. Zaangażował mnie, abym was odnalazł, kiedy zniknęłyście z siostrą. Znaleźliśmy twoją siostrę i&#8230;<br />
Jej twarz, oczy i głos nagle ożywiły się.<br />
—	Ja nie zabiłam Rut! — wykrzyknęła. — Gazety kłamały! Ja jej nie zabiłam! Nawet nie wiedziałam, że miała rewolwer. Nie wiedzia­łam! Jechałyśmy, aby się ukryć przed&#8230; wszystko jedno! Zatrzymałyśmy się w lesie, żeby spalić te&#8230; takie tam rzeczy. I wtedy dopiero dowie­działam się, że miała rewolwer. Rozmawiałyśmy już wcześniej o samobójstwie, ale wyperswadowałam jej&#8230; myślałam, że wyperswadowa­łam&#8230; aby tego nie robiła. Próbowałam zabrać jej rewolwer, ale nie zdołałam. Zastrzeliła się, kiedy usiłowałam go jej zabrać. Chciałam ją powstrzymać. Nie zabiłam jej!<br />
To już było coś.<br />
A potem? — zachęcałem, aby mówiła dalej.<br />
A potem pojechałam do Sacramento, zostawiłam tam samochód i wróciłam do San Francisco. Rut mówiła mi, że napisała list do Ray­monda Elwooda. Powiedziała mi o tym, zanim wyperswadowałam jej samobójstwo&#8230; poprzednim razem. Próbowałam zabrać ten list od Ray­monda. Napisała mu, że się zabije. Chciałam zabrać od niego ten list, ale powiedział, że oddał go Hadorowi.<br />
Więc przyszłam dziś wieczorem tutaj. Ledwie znalazłam ten list, kiedy na górze wybuchł straszny hałas. Potem wszedł Hador i znalazł mnie tutaj. Zaryglował drzwi. I&#8230; zastrzeliłam go z rewolweru, który był w sejfie. Zabiłam go, kiedy był odwrócony, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Musiałam tak zrobić, bo inaczej bym nie mogła.<br />
Mówisz, że zabiłaś go, chociaż ani ci nie groził, ani cię nie zaatako­wał? — spytał Pat.<br />
Tak. Bałam się go, bałam się pozwolić mu mówić. Nienawidziłam go. Nie było rady. Musiało się tak stać. Gdyby zaczął mówić, nie mogła­bym strzelić. On&#8230; on by mi nie pozwolił.<br />
Kto to był, ten Hador? — zapytałem.<br />
Jej wzrok powędrował w bok od nas, na ściany, sufit, na tego śmiesz­nego człowieczka na podłodze.<br />
—	On był&#8230; — Odchrząknęła i zaczęła od nowa ze wzrokiem utkwio­nym w podłogę u swoich stóp. — Pierwszy raz przyprowadził nas tu Raymond Elwood. Wydało nam się to zabawne. Ale Hador to diabeł wcielony. Potrafił wmówić ludziom wszystko. Musieli mu wierzyć. Mówił, co chciał, a ludzie wierzyli. Może byliśmy pod działaniem narkoty­ków. Zawsze dawano do picia takie ciepłe, niebieskawe wino. Musiało być narkotyzowane. Nie moglibyśmy robić tych wszystkich rzeczy, gdy by nie było. Nikt by ich nie robił&#8230; Nazywał siebie kapłanem&#8230; kapła­nem bogini Alzoa. Uczył wyzwalania ducha z więzów ciała poprzez&#8230;<br />
Głos jej się załamał. Zadrżała.<br />
—	To było okropne! — mówiła po chwili dalej w ciszy, którą zare­zerwowaliśmy z Patem dla niej. — Ale wszyscy mu wierzyli. W tym cała rzecz. To, czego nauczał, nie mogło być prawdziwe. Ale mówił, że jest, więc mu wierzyli. Albo może&#8230; nie wiem&#8230; może udawaliśmy, że mu wierzymy, bo byliśmy zwariowani i pod działaniem narkotyku.<br />
Ciągle tu przychodziliśmy, tygodniami, miesiącami, nim powstrzymał nas wstręt.<br />
Przestałyśmy przychodzić, Rut, ja&#8230; i Irma. I wtedy przekonałyś­my się, kim był. Zażądał pieniędzy&#8230; jeszcze więcej pieniędzy, niż mu płaciłyśmy, kiedy wierzyłyśmy.., lub udawałyśmy, że wierzymy..: w jego kult. Nie mogłyśmy dać mu pieniędzy, których żądał. Powiedzia­łam, że nie damy. Przysłał nam wówczas fotografie&#8230; nasze fotografie&#8230; zrobione w czasie naszego&#8230; naszych wizyt tutaj. To były fotografie&#8230; których nie dałoby się wytłumaczyć. Fotografie prawdziwe! Wiedzia­łyśmy, że są prawdziwe! Co miałyśmy zrobić? Powiedział, że pośle od­bitki naszemu ojcu, wszystkim przyjaciołom, znajomym&#8230; jeżeli nie za­płacimy.<br />
Co mogłyśmy zrobić? Musiałyśmy płacić. Zdobywałyśmy jakoś pie­niądze. I płaciłyśmy&#8230; cpraz to więcej i więcej. Aż wreszcie nie mia­łyśmy więcej&#8230; nie mogłyśmy więcej zdobyć. Nie wiedziałyśmy, co ro­bić! Nie mogłyśmy nic zrobić, a Rut i Irma postanowiły&#8230; popełnić sa­mobójstwo. Ja też o tym myślałam. Ale przekonywałam Rut, żeby tego nie robiła. Powiedziałam, że wyjedziemy. Zabiorę ją stąd&#8230; i będzie bezpieczna. A potem&#8230; potem&#8230; to!<br />
Umilkła wciąż patrząc w podłogę.<br />
Spojrzałem znów na martwego człowieczka, niesamowitego w czarnej mycce i ubraniu. Krew przestała już ciec z rany.<br />
Nietrudno było złożyć te fragmenty w obraz. Samozwańczy kapłan jakiegoś kultu, Hador, urządzający orgię pod przykrywką obrzędów re­ligijnych. Jego wspólnik, Elwood, sprowadzający mu kobiety z dobrych, zamożnych rodzin. Odpowiednio oświetlony pokój do zdjęć z ukrytej kamery. Składki nowo nawróconych, dopóki pozostawali wierni kul­towi. Później szantaż&#8230; za pomocą fotografii.<br />
Spojrzałem na Pata Reddy. Patrzył skrzywiony na martwego czło­wieka. Z zewnątrz nie dochodził żaden odgłos.<br />
->- Masz list, który twoja siostra napisała do Elwooda? — spytałem dziewczynę.<br />
Uniosła dłoń do piersi i usłyszałem szelest papieru.<br />
Tak.<br />
Czy jest w nim wyraźnie powiedziane, że zamierza popełnić sa­mobójstwo?<br />
Tak.<br />
To chyba załatwia sprawę, jak chodzi o powiat Contra Costa — powiedziałem do Pata.<br />
Skinął poobtłukiwaną głową.<br />
—	Powinno — zgodził się. — Gdyby nawet nie miała tego listu, pewnie nie mogliby jej udowodnić morderstwa. Ponieważ go ma, nie od­dadzą sprawy do sądu. To pewne. A druga rzecz, nie będzie miała żad­nych kłopotów w związku z tą strzelaniną. Nie tylko, że nic jej w sądzie nie zrobią, ale jeszcze podziękują.<br />
Mira Banbrock cofnęła się nagle przed Patem, jakby ją uderzył w twarz.<br />
Poczułem się teraz w pełni człowiekiem zatrudnionym przez jej ojca. Rozumiałem, co ona teraz czuje. Zapaliłem papierosa i przyjrzałem się brudnej i zakrwawionej twarzy Pata. To przyzwoity facet.<br />
—	Słuchaj, Pat — zacząłem mu się przymilać, ale takim głosem, jak bym się mu wcale nie przymilał. — Jak sam mówisz, nic jej w sądzie nie zrobią i jeszcze podziękują. Ale żeby się tak stało, będzie musiała powiedzieć wszystko co jej wiadomo. Będzie musiała przedstawić wszystkie dowody. Włącznie z wszystkimi fotografiami, które zrobił Hador&#8230; wszystkimi, jakie znajdziemy.<br />
Niektóre z tych fotografii stały się powodem samobójstw kobiet, Pat, przynajmniej dwóch. Jeśli panna Banbrock stanie przed sądem, bę­dziemy musieli uczynić publiczną własnością fotografie Bóg wie ilu ko­biet. Postawimy pannę Banbrock i nie wiadomo ile jeszcze innych dziewcząt w paskudnej sytuacji. Co najmniej dwie kobiety popełniły samobójstwo, aby właśnie tej sytuacji uniknąć.<br />
Pat patrzył na mnie spode łba skrobiąc brudny podbródek jeszcze brudniejszym kciukiem. Głęboko zaczerpnąłem tchu i grałem dalej.<br />
—	Pat, przyszliśmy tu obaj śladem Raymonda Elwooda, aby go prze­słuchać. Może podejrzewaliśmy go o powiązania z tą bandą, która obra­bowała bank w zeszłym miesiącu w St. Louis. A może o przechowywa­nie tego, co zrabowano z wagonów pocztowych koło Denver dwa tygod­nie temu. Tak czy inaczej mieliśmy go na oku wiedząc, że ma nie wia­domo skąd mnóstwo pieniędzy i biuro pośrednictwa kupna i sprzedaży nieruchomości, w którym nic się nie sprzedaje ani kupuje.<br />
Przyszliśmy tutaj, aby go przesłuchać w związku z jednym z tych rabunków, które wymieniłem. Na górze napadło nas kilku Murzynów, gdy wyszło na jaw, że jesteśmy detektywami. Cała reszta była nastę­pstwem właśnie tego. Na kult religijny natrafiliśmy zupełnie przypadko­wo, on nas wcale nie interesował. O ile się orientowaliśmy, wszyscy ci ludzie skoczyli na nas z prostej przyjaźni dla człowieka, którego chcie­liśmy przesłuchać. Jednym z nich był Hador i szarpiąc się z nim postrze­liłeś go z jego własnego rewolweru, tego oczywiście, który panna Banbrock znalazła w sejfie.<br />
Patowi wcale się nie spodobała moja propozycja. Patrzył na mnie zde­cydowanie kwaśno.<br />
Stuknij się w głowę — powiedział. — Co to komu da? Przecież nie uchroni panny Banbrock. Ona tu jest, prawda? Więc wszystko i tak musi się wydać.<br />
Ale panny Banbrock tu nie było — wyjaśniłem. — Może na górze jest już pełno glin, a może nie. Tak czy inaczej zabierzesz stąd pannę Banbrock i zaprowadzisz do Dicka Foleya, który odwiezie ją do domu. Ona nie ma nic wspólnego z tą hałastrą. Jutro pojadę z nią i adwoka­tem jej ojca do Martinez i przedstawimy sprawę prokuratorowi powiatu Contra Costa. Wykażemy, że Rut popełniła samobójstwo. A jeśli ktoś sobie skojarzy, że ten Elwood, który, mam nadzieję, leży martwy na górze, znał obie Banbrockówny i panią Correll, to co z tego? Jeśli nie dopuścimy, aby sprawa znalazła się w sądzie&#8230; a zrobimy to przekonu­jąc ludzi z Contra Costa, że w żaden sposób nie mogą jej skazać za za­mordowanie siostry&#8230; wówczas nie znajdzie się również w gazetach i będzie po kłopocie.<br />
Pat, z kciukiem przy brodzie, tłumił wybuch.<br />
—	Pamiętaj — przyciskałem go — robimy to nie tylko dla panny Banbrock. Robimy to również dla paru nieżywych już kobiet i całego mnóstwa żywych, prawdopodobnie związanych z Hadorem z własnej woli, lecz nadal pozostających ludzkimi istotami.<br />
Pat potrząsnął głową z uporem.<br />
—	Bardzo mi przykro — powiedziałem do dziewczyny udając, że już<br />
straciłem nadzieję. — Zrobiłem, co mogłem, ale chyba za wiele wyma-<br />
gam od Pata. Nie wiem, czy można go winić  za to, że boi się zaryzyko­wać&#8230;<br />
Pat jest Irlandczykiem.<br />
—	Coś taki w gorącej wodzie kąpany — warknął na mnie ucinając moją hipokryzję. — Tylko1 dlaczego to ja mam być tym, który zabił Hadora? Dlaczego nie ty?<br />
Miałem go!<br />
—	Ponieważ ty jesteś gliną, a ja nie — wyjaśniłem. — Będzie mniej­ sza szansa na potknięcie, jeżeli powiemy, że Hador zginął z ręki praw­dziwego, noszącego gwiazdę platfusa na straży porządku publicznego. Ja wykończyłem większość tych ptaszków na górze. Powinieneś zrobić coś, żeby dowieść, że w ogóle tu byłeś.<br />
To była tylko część prawdy. Szło mi o to, że jeśli Pat weźmie to na siebie, nie będzie się mógł później wygadać, choćby nie wiadomo co się stało. Pat to równy gość i mógłbym mu we wszystkim zaufać, ale na wszelki wypadek lepiej mu zasznurować usta.<br />
Mruczał i potrząsał głową, ale w końcu burknął:<br />
Sam sobie zakładam pętlę na szyję, ale ten jeden raz niech ci bę­dzie.<br />
Dobry z ciebie chłopak! — poszedłem po leżący w kącie kapelusz dziewczyny. — Zaczekam tutaj, póki nie wrócisz. — Oddałem dziewczy­nie kapelusz przykazując równocześnie: — Pójdziesz do domu z człowie­kiem, któremu Reddy cię przekaże. Będziesz tam czekała, póki nie przyj­dę. Przez ten czas nie mów nic nikomu poza tym, że kazałem ci mil­czeć. Odnosi się to też do twojego ojca. Powiedz mu, że zabroniłem ci nawet mówić, gdzie się spotkaliśmy. Zrozumiałaś?<br />
Tak i&#8230;<br />
Wdzięczność to rzecz bardzo miła, ale wtedy, gdy jest na nią czas.<br />
—	Ruszajcie, Pat.<br />
Poszli.<br />
Gdy tylko zostałem sam z nieboszczykiem, przestąpiłem przez niego i ukląkłem przed sejfem, szukając wśród listów i papierów fotografii. Nie znalazłem. Jedna z szufladek sejfu była zamknięta na klucz.<br />
Przeszukałem kieszenie trupa. Klucza nie było. Zamek szufladki nie należał do najmocniejszych, ale i ja nie jestem najlepszym rozpruwa­czem sejfów na Zachodzie. Minęło trochę czasu, zanim otworzyłem tę szufladkę.<br />
Znalazłem w niej, czego pragnąłem. Gruby plik negatywów. Stosik od­bitek&#8230; chyba z pół setki.<br />
Zacząłem je przeglądać, szukając zdjęć Banbrockówien. Chciałem je schować przed powrotem Pata. Nie wiedziałem, czyby mi na to po­zwolił.<br />
Nie. miałem szczęścia&#8230; poza tym straeiłem dużo czasu na otwarcie szufladki. Wrócił, ledwie przejrzałem sześć fotografii. Były niekiepskie.<br />
—	No, zrobione — warknął do mnie Pat wchodząc. — Dick ją zabrał.<br />
Elwoód nie żyje i nie żyje jeden Murzyn, którego widziałem na górze. Wszyscy  inni   zapewne  uciekli.   Żaden   mundurowy   się   nie   pokazał&#8230; zadzwoniłem, żeby przysłali karetkę. Wstałem trzymając w jednej ręce negatywy, w drugiej plik fotografii.<br />
—	Co to jest? — spytał.<br />
Natarłem jeszcze raz na niego.<br />
—	Fotografie. Wyświadczyłeś mi ogromną przysługę, Pat, i nie jestem taka świnia, żeby cię prosić o drugą. Ale chcę ci coś uzmysłowić, Pat. Przedstawię ci sprawę, a ty zrobisz, co zechcesz.<br />
To jest źródło utrzymania Hadera, Pat — pomachałem fotogra­fiami. — Zdjęcia, za które wyłudzał lub miał zamiar wyłudzać pieniądze od ludzi; przeważnie zdjęcia kobiet i dziewcząt, niektóre dość paskudne.<br />
Jeśli jutrzejsze gazety doniosą, że w tym domu znaleziono kupę zdjęć, to już w następnych numerach ukaże się długa lista samobójstw i jeszcze dłuższa zaginięć. Jeśli gazety nie doniosą o fotografiach, listy te może będą krótsze, ale niewiele. Niektórzy z tutejszych bywalców wiedzą, że tu są ich zdjęcia. Będą się spodziewali, że policja zacznie ich szukać. Wiemy, że z powodu tych zdjęć kobiety popełniły samobójstwo. Te zdjęcia to dynamit, który może wysadzić w powietrze mnóstwo ludzi, Pat, i mnóstwo rodzin&#8230; bez względu na to, czy gazety o nich doniosą, czy nie.<br />
Ale gdyby tak doniosły, że zanim zabiłeś Hadora, zdążył spalić mnóstwo fotografii i papierów sprawiając, że są nie do rozpoznania? Może wtedy nie byłoby samobójstw. Może sprawa zniknięcia różnych osób w ostatnich miesiącach wyjaśniłaby się wreszcie? Co ty na to, Pat? Od ciebie zależy.<br />
Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłem taki elokwentny.<br />
Ale Pat nie zaczął klaskać. Zaczął kląć. Sklął mnie tak straszliwie, gruntownie, od góry do dołu, że nie miałem wątpliwości, iż zdobyłem jeszcze jeden punkt w tej gierce. Obrzucał mnie takimi wyzwiskami, ja­kich nigdy dotąd nie słyszałem od człowieka z krwi i kości, a więc ta­kiego, któremu można dać w pysk.<br />
Gdy skończył, zanieśliśmy papiery, fotografie i znaleziony w sejfie no­tes z adresami do sąsiedniego pomieszczenia i wsadziliśmy do żelaznego piecyka. W chwili, kiedy to wszystko zmieniło się w popiół, usłyszeliś­my kroki policjantów na górze.<br />
To ostatnia rzecz, jaką dla ciebie zrobiłem! — oświadczył Pat. — Nie proś mnie nigdy o nic więcej, choćbyś miał dożyć tysiąca lat.<br />
Ostatnia — powtórzyłem za nim jak echo.<br />
Lubię Pata. Porządny z niego chłop. Ta szósta z całego pliku fotografii była fotografią jego żony&#8230; lekkomyślnej, ognistookiej córki importera kawy.</p>
<p>Idiotyczna sprawa</p>
<p>Harvey Gatewood wydał polecenie, by mnie do niego dopuszczono, gdy się tylko zjawię, więc niespełna kwadrans zajęło mi sforsowanie armii portierów, woźnych i sekretarek, którzy kolejno zagradzali mi drogę przez Gmach Spółki Drzewnej Gatewooda od wejścia aż do prywatnego gabinetu prezesa. Gabinet był wielki, cały w mahoniach, brązach i zie­lonych pluszach, z mahoniowym biurkiem wielkości małżeńskiego łoża po­środku.<br />
Gatewood, przechylony przez biurko, zaczął na mnie wrzeszczeć, gdy tylko ugrzeczniony urzędnik, który mnie wprowadził, wycofał się w lansadach za drzwi.<br />
Porwali wczoraj moją córkę! Chcę dostać tych bandziorów, choć­by mnie to miało kosztować ostatniego centa!<br />
Niech mi pan wszystko dokładnie opowie — zaproponowałem.<br />
Ale on chciał natychmiastowego działania, nie pytań, więc zmarno­wałem blisko godzinę na wydobycie od niego informacji, których mógł mi udzielić w piętnaście minut.<br />
Był to potężny osiłek, blisko sto kilo nabitego czerwonego ciała, i udzielny książę od czubka jajowatej głowy po czubki trzewików nu­mer co najmniej dwanaście, gdyby liczyć według numeracji fabrycznej, bo Gatewood nosił oczywiście obuwie robione na obstalunek. Zbił swo­je miliony ścierając w proch każdego, kto mu stanął na drodze, a roz­sadzająca go teraz wściekłość nie czyniła go bynajmniej łatwiejszym w rozmowie. Jego zacięta dołna szczęka sterczała jak granitowa narośl, oczy nabiegły mu krwią, jednym słowem, był w rozkosznym nastroju. Przez jakiś czas zanosiło się na to, że Kontynentalna Agencja Detektywi­styczna utraci klienta, postanowiłem bowiem, że jeśli mi nie powie wszy­stkiego, czego chcę się dowiedzieć, rzucę sprawę w diabły.<br />
W końcu jednak wydobyłem od niego całą historię.<br />
Jego córka Audrey wyszła z rezydencji rodzinnej na Clay Street po­przedniego wieczora koło siódmej, oświadczywszy swojej pokojówce, że idzie się przejść. Nie wróciła na noc, o czym Gatewood dowiedział się dopiero z listu, który nadszedł dziś rano. Nadawcy zawiadamiali, że jego córka została porwana, i żądają za jej uwolnienie pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Pouczali Gatewooda, że ma przygotować tę sumę w bankno­tach studolarowych, tak by mógł ją niezwłocznie przekazać, gdy tylko otrzyma instrukcje, jak to zrobić. Na dowód, że nie żartują, porywacze załączyli do listu pukiel włosów dziewczyny, pierścionek, który zawsze nosiła na palcu, oraz jej odręczną notatkę, w której prosiła ojca, żeby postąpił zgodnie ze wskazówkami.<br />
Odebrawszy list po przyjściu do biura, Gatewood zadzwonił natych­miast do domu i uzyskał potwierdzenie, że dziewczyna istotnie nie spała tej nocy w swoim łóżku oraz że nikt ze służby jej nie widział, odkąd wyszła wieczorem na spacer. Zawiadomił niezwłocznie policję i przeka­zał jej list, a niedługo potem postanowił również zaangażować detekty­wów prywatnych.<br />
A teraz — wybuchnął, gdy tylko wydusiłem z niego to wszystko, jak również się upewniłem, że nie wie nic o znajomościach i zwyczajach córki — teraz niech pan się bierze wreszcie do roboty! Nie płacę panu za siedzenie na tyłku i przelewanie z pustego w próżne!<br />
A pan co ma zamiar zrobić? — zapytałem.<br />
Ja-a? Wpakować tych&#8230; tych&#8230; za kratki, choćbym miał na to wy­dać ostatniego centa!<br />
Pięknie! Ale tymczasem niech pan każe przygotować te pięćdzie­siąt tysięcy, żeby móc im przekazać, jak tylko się po nie zgłoszą.<br />
Otworzył usta, zamknął je ze szczęknięciem zębów, przysunął twarz tuż do mojej.<br />
Jak żyję, nikt mnie do niczego nie zmusił! — wycedził. — I nie zmienię się na starość! Nie dam się nabrać na taki bluff!<br />
To niewątpliwie ucieszy pańską córkę. Ale pomijając fakt, na co ją pan naraża, jest to po prostu błędna taktyka. Pięćdziesiąt tysięcy nie zrobi panu takiej szalonej różnicy, a zapłacenie okupu da nam dwie szanse, których inaczej nie będziemy mieli. Po pierwsze, przy przeka­zywaniu pieniędzy istnieje zawsze możliwość zgarnięcia osobnika, który się po nie zgłosi, albo przynajmniej wpadnięcia na jakiś trop. Po drugie, kiedy pańska córka wróci do domu, na pewno będzie nam mogła podać jakieś szczegóły, które ułatwią schwytanie porywaczy, choćby zachowali największe ostrożności.<br />
Potrząsnął gniewnie głową. Miałem już dość handryczenia się z nim, więc wyszedłem licząc na to, że logika mojej propozycji dotrze do nie­go, nim będzie za późno.<br />
W rezydencji Gatewoodów zastałem dozorców, ogrodników, kamerdy­nerów, lokai, szoferów, kucharki, pokojówki, garderobiane i całą gro­madę innej służby — wystarczyłoby jej do założenia hotelu. Wszystko, czego się od nich dowiedziałem, sprowadzało się do kilku faktów:<br />
Audrey Gatewood nie odebrała przed wyjściem żadnego telefonu, te­legramu ani listu doręczonego przez posłańca, nie użyto zatem żadne­go z uświęconych sposobów wywabiania ofiary z domu. Swojej pokojów­ce zapowiedziała, że wróci za godzinę albo dwie, ale fakt, że nie powró­ciła na noc, bynajmniej nie zaniepokoił pokojówki. Audrey była jedy­naczką i od śmierci matki robiła, co jej się żywnie podobało. Ojciec nigdy nie wiedział, gdzie jest córka. Nie za dobrze ze sobą żyli, mieli zbyt podobne charaktery, jak się domyślałem. Nie było nic nadzwyczaj­nego w tym, że nie wróciła na noc. Rzadko kiedy raczyła informować domowników, że ma zamiar nocować u kogoś z przyjaciół.<br />
Audrey skończyła dopiero dziewiętnaście lat, ale wyglądała na parę lat starszą. Miała metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, niebieskie oczy, ka­sztanowe włosy, bardzo gęste i długie, była blada i nerwowa. Jej fo­tografie, z których kilka wybrałem, świadczyły, że oczy ma duże, nos mały i kształtny, brodę szpiczastą. Nie była piękna, ale jedna z fotografii, na której uśmiech starł z jej ust chmurny grymas, dowodziła, że potrafi być co najmniej ładna. Wychodząc z domu miała na sobie jasny tweedo-wy kostium z etykietką londyńskiego krawca, kremową jedwabną bluzkę koszulową w paski o nieco ciemniejszym odcieniu, brązowe wełniane pończochy, brązowe półbuciki na niskim obcasie i szary pilśniowy kape­lusz bez żadnych przybrań.<br />
Wszedłem na górę do jej apartamentu — zajmowała trzy pokoje na drugim piętrze — i przeszukałem jej rzeczy. Znalazłem furę zdjęć męż­czyzn, chłopców i dziewcząt oraz sterty listów różnego stopnia intymności, podpisanych szerokim wachlarzem imion, nazwisk i przezwisk. Zanoto­wałem wszystkie znalezione adresy. W żadnym z pokoi nie było nic, co by rzucało jakiekolwiek światło na porwanie, ale zawsze istniała mo­żliwość, że jeden z adresów doprowadzi do osoby, która posłużyła za wabia. Również ktoś z jej znajomych mógł powiedzieć coś istotnego.<br />
Wstąpiłem do biura Agencji i rozdzieliłem spisane adresy między trzech detektywów, którzy nie mieli akurat nic do roboty i mogli powę-szyć trochę na mieście. Następnie złapałem telefonicznie policjantów przydzielonych do sprawy, 0&#8242;Gara i Thode&#8217;a, i pojechałem się z nimi spotkać w Komendzie. Zastałem tam również inspektora pocztowego Łuska. We czterech obracaliśmy fakty na wszystkie strony, wałkowaliśmy przypuszczalny przebieg wypadków tam i z powrotem, ale do niczego nas to nie doprowadziło. W jednym byliśmy wszakże zgodni: że nie możemy ryzykować nadawania sprawie rozgłosu ani przedsiębrać ża­dnych jawnych akcji, dopóki dziewczyna nie wróci bezpiecznie do domu.<br />
Policjanci mieli z Gatewoodem jeszcze cięższą przeprawę niż ja — chciał koniecznie przekazać wiadomość o porwaniu prasie, wraz z ofertą nagrody, fotografiami i tak dalej. Słusznie dowodził, że jest to najskute­czniejszy sposób schwytania porywaczy, nie brał tylko pod uwagę, czym może to grozić jego córce, jeżeli są oni osobnikami wystarczająco bez­względnymi. A porywacze nie są na ogół barankami.<br />
Obejrzałem list, który przysłali. Był wykaligrafowany ołówkiem na liniowanej kartce wyrwanej z bloczka, jaki można kupić w każdym sklepie papierniczym na całym świecie. Koperta też się niczym nie wy­różniała, nosiła adres wykaligrafowany również ołówkiem, a na marce pocztowej widniał stempel: „San Francisco, 20 września, 9 wieczór&#8221;. A więc list został nadany zaraz po porwaniu. Brzmiał następująco:<br />
Panie!<br />
Mamy pańską uroczą córeczkę i szacujemy ją na 50 000 dolarów. Przygotuj<br />
pan natychmiast całą sumę w studolarowych odcinkach, żeby potem nie było żadnych cudów, jak panu podamy sposób przekazania pieniędzy.<br />
Zapewniamy, że sprawa źle się skończy dla pańskiej córuni, jeśli pan nie wykona ściśle naszych poleceń albo gdyby panu wpadło do głowy zawiadomić policję czy zrobić jakieś inne głupstwo.<br />
50 000 tb mała cząstka tego, czego pan się nakradł, kiedy myśmy się taplali za pana w błocie i krwi we Francji, i musimy tyle dostać, bo inaczej&#8230;!<br />
Trójka<br />
List był uderzający pod dwoma względami. Po pierwsze, porywacze nie usiłowali — jak to zwykle czynią — stworzyć pozorów, że są pół­analfabetami. Po drugie, w tekście nie wyczuwało się wyraźnego wysiłku skierowania podejrzeń na fałszywy trop. Takim mylnym tropem mogła — ale nie musiała — być sugestia, że są eks-żołnierzami, którzy walczyli we Francji. List miał postscriptum:<br />
W wypadku, gdyby pan nie posłuchał głosu rozsądku, znamy kogoś, kto chętnie kupi panienkę potem, jak my się z nią zabawimy.<br />
Druga, identyczna kartka zawierała parę słów skreślonych drżącą rę­ką przez samą dziewczynę, prawdopodobnie tym samym ołówkiem:<br />
Tatusiu!<br />
Błagam, zrób, o co cię proszą! Umieram ze strachu!<br />
		Audrey<br />
W przeciwnym końcu pokoju otworzyły się nagle drzwi i ukazała się w nich czyjaś głowa.<br />
—	0&#8242;Gar! Thode! Dzwonił Gatewood. Jedźcie natychmiast do niego do biura.<br />
Wybiegliśmy we czterech z Komendy i wskoczyliśmy w auto policyj­ne. Gatewood miotał się jak szaleniec po swoim gabinecie, kiedy się tam wdarliśmy odepchnąwszy kolejnych fagasów zagradzających nam drogę. Twarz miał nabiegłą krwią, w oczach obłąkańcze błyski.<br />
—	Dzwoniła przed chwilą! — wykrzyknął chrapliwie na nasz widok.<br />
Minęło parę minut, nim go uspokoiliśmy o tyle, że mogliśmy się od<br />
niego czegoś bliższego dowiedzieć.<br />
—	Zadzwoniła. Wykrztusiła: „Zrób coś, tatusiu! Nie zniosę tego, oni mnie mordują!&#8221; Zapytałem ją, czy wie, gdzie jest. „Nnie — powiedziała — ale widać stąd Dwuwierch. Jest tu trzech mężczyzn i kobieta, i&#8230;&#8221; W tym momencie usłyszałem przekleństwo jakiegoś mężczyzny, głuchy dźwięk, tak jakby ją uderzył, i połączenie zostało przerwane. Zatelefonowałem zaraz do centrali, żeby mi podali numer, z którego dzwoniono, ale nie potrafili. To jeden wielki skandal te nasze telefony! Płacimy za nie takie sumy, a Bóg mi świadkiem, że&#8230;<br />
0&#8242;Gar odwrócił się tyłem do Gatewooda i poskrobał w głową.<br />
—	Są setki domów, z których widać Dwuwierch.<br />
Gatewood skończył tymczasem pomstować na telefony i zaczął walić przyciskiem do papierów w biurko, żeby przyciągnąć nasze uwagę.<br />
Czy wyście już w ogóle coś zrobili? — naskoczył na nas. Odpowiedziałem pytaniem na pytanie:<br />
A pan kazał przygotować te pieniądze?<br />
Nie — odrzucił — nie pozwolę się nikomu szantażować!<br />
Ale powiedział to odruchowo, bez większego przekonania. Rozmowa z córką nadkruszyła nieco jego upór. Zaczął trochę myśleć o jej bezpie­czeństwie zamiast kierować się tylko ślepym instynktem walki. Wzięliś­my go w cztery ognie i w rezultacie po jakimś czasie wysłał kasjera po pieniądze do banku.<br />
Teraz rozdzieliliśmy między siebie zadania. Thode miał ściągnąć z Ko­mendy jeszcze kilku ludzi i przystąpić do przeczesywania dzielnicy ota­czającej Dwuwierch. Nie wiązaliśmy z tym jednak większych nadziei, bo w grę wchodziło terytorium zbyt rozległe. Lusk i 0&#8242;Gar mieli delikatnie poznaczyć banknoty, które przyniesie kasjer, po czym trzymać się tak blisko Gatewooda, jak to tylko będzie możliwe bez zwracania uwagi. Ja miałem pojechać do rezydencji Gatewoodów i tam czekać na rozwój wy­padków.<br />
Porywacze dali Gatewoodowi wyraźne polecenie przygotowania pienię­dzy zawczasu, tak by je mogli odebrać w każdej chwili, nie zostawiając mu szansy na powiadomienie nikogo ani na opracowanie planu żadnej akcji,. Kazaliśmy Gatewoodowi wejść teraz w kontakt z prasą, wtajem­niczyć dziennikarzy w całą historię i złożyć ofertę wypłacenia dziesięciu tysięcy dolarów, które przeznaczył na nagrodę za ujęcie porywaczy, tak by wszystko było gotowe do druku, gdy tylko dziewczyna znajdzie się w bezpiecznym miejscu. Szybki rozgłos nadany sprawie niczym by jej już wówczas nie groził, a zwiększałby nasze szanse. Policję we wszyst­kich pobliskich miejscowościach zaalarmowaliśmy już wcześniej, zanim jeszcze telefon do Gatewooda upewnił nas, że porywacze trzymają jego córkę w San Francisco.<br />
W rezydencji Gatewoodów nie wydarzyło się przez cały wieczór nic szczególnego. Harvey Gatewood wrócił do domu wcześnie. Zjadłszy obiad spacerował tam i z powrotem po bibliotece, popijając whisky i pokrzykując raz po raz, że co z nas za detektywi i kiedy wreszcie zaczniemy działać zamiast siedzieć na tyłkach jak malowane lale. 0&#8242;Gar, Lusk i Thode kręcili się po ulicy obserwując dom i sąsiednie posesje.<br />
O północy Gatewood poszedł do swojej sypialni. Ja odmówiłem sko­rzystania z pokoju gościnnego na rzecz kozetki bibliotecznej, którą przysunąłem do telefonu połączonego z aparatem przy łóżku Gatewooda. O wpół do trzeciej odezwał się dzwonek telefonu. Przysłuchiwałem się, jak Gatewood rozmawia z sypialni.<br />
—	Gatewood? — zapytał ostry, stanowczy męski głos.<br />
Ta-ak.<br />
Forsa przygotowana?<br />
Ta-ak.<br />
Gatewood mówił chrapliwie, ze zdławionym gardłem. Czułem, jak wszystko się w nim gotuje.<br />
—	Dobra — kontynuował energiczny głos. — Zawiniesz forsę w pa­pier i wyjdziesz z nią zaraz z domu. Pójdziesz Clay Street po swojej stronie ulicy. Nie idź szybko, ale i nie przystawaj. Jeśli okaże się, że wszystko jest w porządku i nie ciągniesz za sobą ogona, ktoś do ciebie podejdzie, zanim dotrzesz do nadbrzeża. Podniesie na moment chusteczkę do twarzy i zaraz ją upuści na ziemię. Kiedy to zobaczysz, położysz forsę<br />
na chodniku i zawrócisz prosto do domu. Jeżeli forsa nie będzie znaczo­na i nie będziesz próbował żadnych sztuczek, twoja córunia zjawi się z powrotem za godzinę, dwie. Ale gdybyś chciał wyciąć jakiś numer, to pamiętaj, co ci pisaliśmy! Zrozumiałeś?<br />
Gatewood wymamrotał coś, co miało oznaczać potwierdzenie, po czym w telefonie rozległ się trzask odkładanej słuchawki i zaległa cisza. Nie traciłem cennego czasu na próby sprawdzania, skąd dzwoniono — wia­domo było, ze z jakiegoś aparatu publicznego — tylko krzyknąłem ze schodów na górę do Gatewooda:<br />
—	Niech pan zrobi dokładnie to, co panu kazał! I bez żadnych głupstw!<br />
Nie czekając na odpowiedź wybiegłem w przedranny chłód odnaleźć dwóch detektywów i inspektora pocztowego. Przydzielono im do dyspo­zycji dodatkowo dwóch tajniaków i dwa auta policyjne. Wprowadziłem wszystkich w sytuację i zaczęliśmy układać pośpieszny plan.<br />
0&#8242;Gar miał jechać jednym z aut wzdłuż Sacramento Street, Thode drugim — wzdłuż Washington Street. Ulice te biegną równolegle do Clay Street po jednej i po drugiej stronie. Mieli się posuwać bardzo powoli, czekając przy każdej przecznicy, dopóki nie zobaczą, że Gate­wood ją mija. Gdyby się nie ukazał na którymś skrzyżowaniu w prze­widywanym czasie, mieli skręcić do Clay Street i od tego momentu musieliby improwizować kierując się własną oceną sytuacji. Lusk miał iść przecznicę, dwie przed Gatewoodem, po drugiej stronie ulicy, udając wstawionego. Ja miałem posuwać się w odpowiedniej odległości za Ga­tewoodem, a jeden z tajniaków jeszcze trochę za mną. Drugi tajniak miał ściągnąć z Komendy wszystkich wolnych ludzi na City Street. Było prawie pewne, że się zjawią za późno i prawdopodobnie zajmie im jeszcze trochę czasu odszukanie nas, ale nie mogliśmy przewidzieć, co nam jeszcze przyniesie ta noc.<br />
Plan był bardzo nieprecyzyjny, ale nie mieliśmy szans na opracowanie lepszego. Baliśmy się ryzykować zgarnięcie osobnika, który odbierze od Gatewooda pieniądze. Rozmowa Audrey z ojcem dowodziła, że porywa­cze mogą być zdolni do wszystkiego, i nie chcieliśmy z nimi zadzierać, dopóki jej nie wyrwiemy z ich rąk.<br />
Ledwo ukończyliśmy naradę, z domu wyszedł Gatewood w grubym paltocie i ruszył ulicą. Dalej, po drugiej stronie, ledwo widoczny w ciem­nościach, zataczał się mamrocząc coś do siebie Lusk. Poza tym w zasię­gu wzroku nie było nikogo. Znaczyło to, że muszę puścić Gatewooda przynajmniej dwie przecznice przed siebie, żeby mnie nie przyuważył osobnik, który będzie odbierał pieniądze. Jeszcze trochę za mną, po przeciwnej stronie ulicy, szedł jeden z tajniaków.<br />
Minęliśmy dwie przecznice, kiedy przed nami pojawił się pękaty jegomość w meloniku. Przeszedł koło Gatewooda, przeszedł koło mnie i pomaszerował dalej.<br />
Trzy następne przecznice. Z tyłu nadjechała wielka czarna limuzyna z potężnym motorem i spuszczonymi firaneczkami. Wyprzedziła nas i pojechała dalej. Być może zwiad. Nie wyjmując ręki z kieszeni płaszcza nagryzmoliłem w notesie jej numer.<br />
Znowu trzy przecznice. Minął nas spacerkiem mundurowy policjant, nieświadom dramatu, jaki się rozgrywa na jego oczach. Zaraz potem przejechała taksówka z pojedynczym pasażerem. Zanotowałem i jej numer.<br />
Cztery dalsze przecznice i nikogo prócz Gatewooda przede mną. Łuska straciłem już z oczu. Nagle tuż przed Gatewoodem wynurzył się z czar­nego zakamarka mężczyzna, zadarł głowę i zawołał do góry, żeby mu ktoś otworzył bramę. Minęliśmy go i szliśmy dalej.<br />
Ni stąd, ni zowąd piętnaście metrów przed Gatewoodem wyrosła ko­bieta z chusteczką przy twarzy. Chusteczka falując opadła powoli na chodnik. Gatewood zatrzymał się i stał na sztywnych nogach. Zobaczyłem, że podnosi prawą rękę nie wyjmując jej z kieszeni, tak że uniosła się cała poła paltota, i zrozumiałem, że ściska w dłoni rewolwer. Stał może pół minuty nieruchomo jak posąg. Potem wysunął z kieszeni lewą rękę i rzucił na ziemię paczkę z pieniędzmi. Obrócił się i ruszył z powrotem w kierunku domu.<br />
Kobieta zdążyła tymczasem podnieść chusteczkę. Teraz podbiegła do miejsca, gdzie paczka tworzyła jaśniejszą plamę na chodniku, chwyciła ją i dała nura ku wylotowi wąskiego przesmyku między domami, od­ległego o parę metrów. Była to wysoka kobieta, jakby przygarbiona, ubrana od stóp do głów na czarno. Zniknęła w mrocznej czeluści między domami.<br />
Musiałem się poruszać bardzo ostrożnie, kiedy Gatewood i kobieta stali naprzeciwko siebie, tak że byłem teraz oddalony co najmniej o przecznicę. Gdy tylko kobieta zniknęła, zaryzykowałem i puściłem się pędem na gumowych podeszwach. Nim dobiegłem, przesmyk był pusty, Prowadził do następnej ulicy, ale wiedziałem, że kobieta nie mogła w żaden sposób dotrzeć do drugiego wylotu, nim ja dotarłem do tego. Mam już sporo nadwagi, ale potrafię jeszcze przebiec od jednej przecznicy do drugiej w przyzwoitym tempie.  Przesmyk zamykały po<br />
obu stronach boki kamienic czynszowych, ślepiące na mnie konspiracyj­nie wyjściami zapasowymi.<br />
Nadbiegł tajniak, który szedł za mną, potem nadjechali 0&#8242;Gar i Thode, wreszcie dołączył Lusk. 0&#8242;Gar i Thode ruszyli natychmiast w objazd sąsiednich ulic, w nadziei, że może wypatrzą kobietę. Lusk i tajniak > ustawili się na rogach, z których można było obserwować po dwie ulice zamykające kwartał czynszówek. Ja przystąpiłem do przeszukiwania przesmyku. Bez skutku. Nie znalazłem żadnych zaryglowanych drzwi, otwartego okna, drabinki przeciwpożarowej, która by nosiła oznaki świe­żego użycia, żadnych śladów pozostawionych przez kogoś uciekającego w   pośpiechu.<br />
Nic a nic.<br />
Wkrótce wrócił 0&#8242;Gar z posiłkami ludzi wysłanych z Komendy, a po nim zjawił się Gatewood.<br />
Gatewood się pienił.<br />
Znowu spartaczyliście robotę! Nie zapłacę ani centa Agencji! Stanę na głowie, żeby ci wszyscy nieudolni detektywi wrócili do patrolowania ulic.<br />
Jak wyglądała ta kobieta? — spytałem.<br />
A bo ja wiem! Myślałem, że jesteście w pobliżu, żeby ją areszto­wać. Była stara, lekko przygarbiona, ale twarzy nie widziałem, miała woalkę. Nic więcej nie wiem! Co wy sobie, u diabła, wyobrażacie? To skandal, co wy&#8230;<br />
Jakoś go w końcu uspokoiłem i powlokłem z powrotem do domu, pozostawiając dokładniejszą penetrację terenu policjantom. Było ich teraz czternastu czy piętnastu, każda brama kryła przynajmniej jednego. Audrey powinna się zjawić, jak tylko ją zwolnią, więc chciałem być na miejscu, by ją wziąć w obroty. Mieliśmy dużą szansę zatrzymania po­rywaczy, nim się gdzieś zaszyją, jeśli tylko będzie nam potrafiła cokol­wiek o nich powiedzieć.<br />
W domu Gatewood przypiął się znowu do butelki, a ja warowałem, jednym uchem nadsłuchując telefonu, drugim dzwonka u drzwi. 0&#8242;Gar albo Thode telefonowali co pół godziny, żeby dowiedzieć się, czy nie ma wiadomości od dziewczyny. Sami jak dotąd nic nie wykryli.<br />
Przyjechali o dziewiątej razem z Luskiem. Kobieta w czerni okazała się mężczyzną, który dawno zdążył drapnąć.<br />
Przy bocznym wejściu jednej z czynszówek przylegających do prze­smyku, tuż koło drzwi, odkryli damską spódnicę, długi płaszcz i kape­lusz z woalką, wszystko czarne. Przesłuchawszy lokatorów dowiedzieli się, że trzy dni wcześniej jedno z mieszkań wynajął młody mężczyzna nazwiskiem Leighton. Oczywiście nie zastali go w domu. W pokojach znaleźli mnóstwo niedopałków, pustą flaszkę i nic ponad to, co tam było, kiedy Leighton się wprowadzał.<br />
Wnioski nasuwały się proste. Wynajął mieszkanie, żeby mieć dostęp do kamienicy. Przebrany za kobietę, wyszedł na spotkanie z Gatewoodem<br />
bocznymi drzwiami, które zostawił otwarte. Potem wpadł do budynku, zaryglował drzwi, zrzucił przebranie, przebiegł przez kamienicę i wy­szedł frontem, nim mieliśmy czas zarzucić naszą jakże nieszczelną sieć. Być może podczas ucieczki musiał się raz i drugi kryć po bramach przed patrolującymi autami 0&#8242;Gara i Thode&#8217;a.<br />
Leighton, jak się okazało, był mężczyzną około trzydziestki, szczup­łym, wzrostu metr siedemdziesiąt, może metr siedemdziesiąt pięć, o ciem­nych włosach i ciemnych oczach. Na sąsiadach, którzy go dwukrotnie wi­dzieli, wywarł wrażenie przystojnego i eleganckiego w swym brązowym garniturze i beżowym pilśniowym kapeluszu. Zarówno obaj detektywi, jak inspektor pocztowy uważali za rzecz niemożliwą, żeby Audrey przetrzy­mywano choćby przejściowo w mieszkaniu wynajętym przez Leightona.<br />
Minęła dziesiąta, a od dziewczyny nie było żadnej wiadomości.<br />
Gatewood utrącił swoją apodyktyczną agresywność i zdawał się bliski załamania. Źle znosił przeciągające się napięcie, a pochłaniany alkohol też mu nie pomagał. Nie żywiłem do niego najmniejszej sympatii ani na podstawie tego, co o nim słyszałem, ani na podstawie tych paru krót­kich zetknięć, ale teraz zrobiło mi się go żal.<br />
Zadzwoniłem do Agencji o raporty detektywów, którzy odwiedzili znajomych Audrey. Okazało się, że ostatnia widziała ją niejaka Agnes Dangerfield. Audrey szła samotnie Market Street nie opodal Szóstej Ulicy między kwadrans po ósmej a kwadrans przed dziewiątą wieczo­rem. Była jednak dość daleko po drugiej stronie jezdni, tak że Agnes z nią nie rozmawiała. Poza tym chłopcy ustalili tylko, że Audrey jest nieznośną, rozpaskudzoną pannicą, zadającą się z różnymi dziwnymi osobami — dziewczyną, która mogła łatwo wpaść w ręce zawodowych kryminalistów.<br />
Wybiło południe, a Audrey wciąż nie było. Daliśmy znać do gazet, żeby opublikowały przygotowane materiały, uzupełniając je opisem wy­darzeń ostatnich godzin. Gatewood siedział złamany, z głową opartą na dłoniach, wpatrzony w ziemię. Zamierzałem właśnie wyjść, tknięty pew­nym domysłem, kiedy podniósł na mnie wzrok. Byłbym go nie poznał, gdybym nie obserwował zachodzącej w nim przemiany.<br />
— Jak pan myśli, co ją zatrzymuje? — spytał.<br />
Nie miałem serca powiedzieć mu tego, co się narzucało teraz, kiedy okup został wypłacony, a ona się nie pokazała. Zbyłem go paroma ogól­nikowymi pocieszeniami i wyszedłem.<br />
Złapałem taksówkę i kazałem się zawieźć do centrum handlowego. Obszedłem pięć największych domów towarowych, zatrzymując się przy wszystkich stoiskach z damską odzieżą, od pantofli do kapeluszy, i roz­pytując, czy przypadkiem jakiś mężczyzna, odpowiadający być może wyglądem Leightonowi, nie kupował w ostatnich dniach ubrań dla młodej kobiety o figurze Audrey Gatewood. Nie uzyskawszy nigdzie potwierdzenia, przekazałem resztę miejscowych sklepów jednemu z ko­legów z Agencji,  a sam pojechałem promem  na  drugą  stronę  zatoki<br />
przeczesać domy towarowe Oakłand. I poszczęściło mi się od razu w pierwszym.<br />
Nie dalej niż wczoraj mężczyzna, którym mógł być z łatwością Leighton, kupował damskie stroje rozmiarów Audrey. Nabył ich całe mnóstwo, wszystko od bielizny do płaszcza, i mało tego — nie wierzyłem własne­mu szczęściu — kazał zakupione rzeczy odesłać na nazwisko T. Offord, pod adres Czternastej Ulicy.<br />
W przedsionku kamienicy czynszowej pod tym adresem znalazłem przy numerze mieszkania 102 nazwisko Teodorostwo Offordowie. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i stanęła w nich tęga, nie­młoda kobieta w perkalowej sukience domowej. Zlustrowała mnie cie­kawie, więc zapytałem:<br />
Nie wie pani, gdzie mieszka dozorca?<br />
Ja jestem dozorczynią.<br />
Podałem jej wizytówkę i wszedłem do środka.<br />
—	Jestem z sekcji poręczeń Północnoamerykańskiego Towarzystwa Asekuracyjnego — powtórzyłem kłamstwo wydrukowane na bilecie, którym się posłużyłem. — Wpłynęło do nas podanie o poręczenie za pana Offorda. Nie orientuje się pani, czy to człowiek, na którym można polegać?<br />
Powiedziałem to z lekko zakłopotaną miną kogoś, kto dopełnia ko­niecznej, ale niezbyt ważnej formalności.<br />
Poręczenie? To dziwne! Pan Offord jutro wyjeżdża.<br />
Nie wiem, o jakie poręczenie chodzi — odparłem niedbale. — My dostajemy tylko nazwiska i adresy w celu przeprowadzenia wywiadu. Może wystąpił o poręczenie jego obecny pracodawca, a może ktoś, u ko­go pan Offord stara się o pracę. Niektóre firmy zwracają się do nas, żebyśmy przeprowadzili wywiad o osobach, które mają zamiar zaanga­żować. Chcą się ubezpieczyć od odpowiedzialności finansowej za pra­cowników.<br />
Z tego, co wiem, pan Offord to bardzo miły młody człowiek — powiedziała. — Ale mieszka tu dopiero tydzień.<br />
Tydzień? To niedługo.<br />
Tak. Przyjechali z Denver, mieli zostać dłużej, ale po górach nad­morski klimat nie służy pani Offord, więc wracają.<br />
Wie pani na pewno, że przyjechali z Denver?<br />
No, tak mi powiedzieli.<br />
To duża rodzina?<br />
Nie, jest ich tylko dwoje. To młodzi ludzie.<br />
I jakie na pani zrobili wrażenie? — zapytałem, starając się tonem dać do zrozumienia, że święcie wierzę w przenikliwość jej sądu.<br />
Robią wrażenie bardzo miłej młodej pary. Czasami można po­myśleć, że nie ma ich po całych dniach w domu, tak cicho się spra­wują.<br />
Wychodzą często?<br />
Tego nie powiem. Mają własny klucz od bramy, więc wiem tyle, co ich czasem spotkam, jak wchodzą albo wychodzą.<br />
Znaczy, że mogłaby pani nie wiedzieć, gdyby przypadkiem nie wrócili któregoś wieczoru na noc?<br />
Zmierzyła mnie podejrzliwie — pytanie nie pasowało do sprawy, którą podałem jako pretekst, ale nie miało to już większego znaczenia. Potrząsnęła głową.<br />
Faktycznie, mogłabym nie wiedzieć.<br />
Przyjmują, często gości?<br />
Tego nie powiem. Pan Offord nie jest&#8230;<br />
Urwała, bo z ulicy- wszedł cicho mężczyzna. Prawie się o mnie otarł i ruszył w kierunku schodów.<br />
—	O, Boże! — szepnęła. — Mam nadzieję, że nie słyszał. To pan Offord!<br />
Szczupły mężczyzna w brązowym garniturze i beżowym kapeluszu — może Leighton! Widziałem tylko jego plecy, a on moje. Przyglądałem się, jak wchodzi po schodach. Jeśli słyszał, że dozorczyni wymienia jego nazwisko, skorzysta z zakrętu schodów, żeby rzucić na mnie okiem. Zrobił to. Nie pokazałem nic po sobie, ale go poznałem. Był to „Centuś&#8221; Quayle, hochsztapler, który grasował jakieś cztery, pięć lat temu we wschodnich stanach. On też się nie zdradził najmniejszym grymasem, ale wiedziałem, że mnie również poznał. Trzasnęły drzwi na piętrze.<br />
Ruszyłem w stronę schodów.<br />
—	Zajrzę na górę pomówić z panem Offordem — oznajmiłem dozor­czyni.<br />
Podszedłem cicho do drzwi mieszkania 102 i chwilę nasłuchiwałem. Ze środka nie dochodził najlżejszy szmer. Nie było czasu na wahania. Nacisnąłem dzwonek.<br />
Tak szybko po sobie jak trzy stuknięcia maszyny do pisania pod pal­cami rutynowanej stenotypistki, tylko tysiąckrotnie kąśliwiej, rozległy się trzy strzały rewolwerowe. I w drzwiach mieszkania 102, na wyso­kości pasa, pojawiły się trzy otwory. W moim tęgim zewłoku tkwiłyby już trzy kulki, .gdybym się dawno temu nie nauczył ustawiać z boku drzwi, do których dzwonię, składając nieproszoną wizytę w nieznajo­mym mieszkaniu.<br />
Za drzwiami zabrzmiał ostry rozkazujący męski głos:<br />
—	Przestań, głupia! Na miłość boską, tylko nie to!<br />
Teraz rozległ się piskliwy, wściekły, mściwy głos kobiecy, wykrzyku­jący przekleństwa. I dwie dalsze kule przeszyły drzwi.<br />
—	Przestań! Nie! Nie!<br />
W głosie mężczyzny brzmiała teraz nutka strachu. Głos kobiecy zło­rzeczył dalej zapamiętale. Odgłosy walki. Jeszcze jeden strzał, który nie trafił w drzwi.<br />
Kopnąłem z całej siły jak najbliżej klamki i zamek puścił. W pokoju na podłodze mężczyzna — Quayle — szamotał się z kobietą.  Klęczał<br />
nad nią trzymając ją za przeguby i usiłując przygwoździć jej ręce do ziemi. Kobieta ściskała w dłoni dymiący rewolwer. Znalazłem się przy niej jednym susem i wyrwałem jej broń z ręki.<br />
—	Dosyć tego! — krzyknąłem, stanąwszy pewnie na nogach. — Wstawać! Macie gościa!<br />
Quayle puścił przeguby przeciwniczki, która natychmiast sięgnęła mu zakrzywionymi ostrymi pazurkami do oczu i rozorała policzek. Odsunął się od niej na czworakach i po chwili podnieśli się oboje na nogi. On usiadł zaraz na fotelu dysząc i ocierając krwawiący policzek chusteczką. Ona stanęła z rękami na biodrach pośrodku pokoju mierząc mnie nie­nawistnym wzrokiem.<br />
—	Zdaje się panu — prychnęła — że Bóg wie czego pan dokonał!<br />
Roześmiałem się — mogłem sobie na to pozwolić.<br />
Jeśli pani ojciec ma odrobinę oleju w głowie, to spuści pani zdrowe rżnięcie pasem do ostrzenia brzytwy. Ładny kawał mu pani wycięła!<br />
Gdyby pan z nim musiał mieszkać tak długo, jak ja, stale terro­ryzowany i upokarzany, też by pan był gotów na wszystko, żeby zdo­być trochę floty i zacząć własne życie.<br />
Nie odezwałem się na to. Pamiętając metody handlowe Gatewooda :— szczególnie pewne jego kontrakty wojenne, w sprawie których Depar­tament Sprawiedliwości jeszcze prowadzi śledztwo — uznałem, że naj­gorsze, co można zarzucić Audrey, to że jest za bardzo córką swego ojca.<br />
Jan pan wpadł na nasz trop? — zapytał mnie grzecznie Quayle.<br />
Po kilku szczegółach — odparłem. — Po pierwsze, znajoma widziała Audrey na Market Street między kwadrans po ósmej a kwadrans przed dziewiątą wieczór w dniu porwania, a stempel na liście nosił godzinę dziewiątą. Trochę się zanadto z tym pośpieszyliście. Trzeba było pocze­kać jakiś czas z nadaniem listu. Pewnie ona go wrzuciła na poczcie po drodze tutaj?<br />
Quayle kiwnął głową.<br />
—	Po drugie — ciągnąłem — ten jej telefon. Dobrze wiedziała, że trzeba ładnych paru minut, żeby wszystkie kolejne sekretarki przełą­czyły rozmowę do jej ojca. Gdyby się rzeczywiście dobrała do telefonu korzystając z nieuwagi porywaczy, byłaby w takim popłochu, że opo­wiedziałaby swoją historyjkę pierwszej osobie, na którą by natrafiła,<br />
prawdopodobnie telefonistce w centralce. Wszystko więc wskazywało, że chodziło głównie o napędzenie starszemu panu takiego strachu, żeby zmiękł jak należy. Pomijam tu uboczną sprawę podrzucenia nam tego mylnego tropu z Dwuwierchem.<br />
Quayle znowu przytaknął głową.<br />
—	Kiedy się nie zjawiła po wypłaceniu okupu, zacząłem się domyślać, że musiała sama w tym maczać palce. Wiadomo było, że gdyby wróciła do domu po takim numerze, nie trzeba by jej długo przesłuchiwać, żeby wszystko się wydało, i pewnie się tego obawiała. Reszta była łatwa, zresztą miałem trochę szczęścia. Wiedzieliśmy, że jest w zmowie z jakimś facetem, od momentu, kiedy znaleźliśmy damski ubiór, który pan porzucił. Założyłem, że jest to tylko jeden wspólnik. Ponadto wiedzia­łem, że będzie potrzebowała czegoś do ubrania. Nie mogła ryzykować wynoszenia rzeczy z domu, żeby się nie wkopać, a było mało prawdo­podobne, żeby się obsprawiła zawczasu. Ma za dużo przyjaciółek, których głównym zajęciem jest wydawanie pieniędzy po magazynach. Więc po­myślałem, że może wysłała na zakupy wspólnika. I nie pomyliłem się. A wspólnik się polenił taskać paczki czy może było ich za dużo, dość że kazał je odesłać. Ot, i cała historia.<br />
— Tak, to była cholerna nieostrożność z mojej strony — przyznał Quayle, po czym wskazał pogardliwie kciukiem na dziewczynę. — Ale co mogłem zrobić z tą idiotką?! Przyszła od razu naszprycowana jakimś świństwem! Musiałem na nią cały czas kikować, żeby jej coś nie strzeliło do głowy i nie zawaliła sprawy. Miał pan przed chwilą próbkę. Mówię jej, że pan idzie na górę, a ta dostaje szału i o mały włos byłaby doło­żyła do wpadki pańskiego trupa!<br />
Spotkanie ojca z córką odbyło się w gabinecie kapitana w Komendzie Policji na piętrze Ratusza w Oakland. Zabawę mieliśmy nielichą.<br />
Przez więcej niż godzinę można było robić zakłady, czy Harvey Gatewood dostanie apopleksji, czy udusi swoją jedynaczkę, czy też każe ją tylko zamknąć w domu poprawczym do pełnoletności. W końcu jednak Audrey go pokonała. Nie darmo była córką swego ojca, przy tym osóbką wystarczająco jeszcze młodą, żeby się nie liczyć z konsekwencjami, pod­czas gdy Gatewooda, mimo despotycznego charakteru, życie nauczyło już trochę ostrożności. Kartą, którą go pobiła, okazała się groźba wy­śpiewania dziennikarzom wszystkiego, co o nim wie. Nie mam pojęcia, co naprawdę wiedziała, a on chyba też nie był tego zbyt pewien, ale nie mógł ryzykować w momencie, gdy Departament Sprawiedliwości pro­wadził jeszcze śledztwo w sprawie jego kontraktów wojennych. Nie ulegało wątpliwości, że spełniłaby swoją groźbę, a jedna z gazet w San Francisco czekała tylko okazji dobrania mu się do skóry. Dość że osta­tecznie ojciec i córka opuścili gabinet kapitana razem, ziejąc do siebie nienawiścią.<br />
Quayle&#8217;a zamknęliśmy na górze w celi, ale był za starym wygą, żeby się tym zbytnio przejmować. Wiedział, że bez postawienia Audrey przed sądem nie ma sposobu dowiedzenia mu czegokolwiek.<br />
Była to idiotyczna sprawa. Odetchnąłem, kiedy się skończyła.</p>
<p>Urodzony w 1894 roku na farmie swego dziadka w stanie Maryland na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, garnął się wprawdzie do nauki, pożerał książki i wykazywał nieprzeciętne zdolności, jednakże niepowodzenia finansowe ojca, który się przeniósł do Baltimore, gdzie z mizernymi rezulta­tami szukał szczęścia w interesach, zmusiły czternastoletniego Dashiella do porzucenia średniej szkoły politechnicznej i podjęcia pracy dla zasilenia budżetu rodzinnego. Imał się różnych zajęć, które często zmieniał znudzony ich monotonią i brakiem perspektyw. Był posłańcem na kolei Baltimore— Ohio, dokerem, gońcem w biurze maklerskim, robotnikiem w fabryce skrzy­nek, pracownikiem transportu. Aż w roku 1915 otrzymał z ogłoszenia pracę w baltimorskim oddziale słynnej Agencji Detektywistycznej Pinkertona. Po przeszkoleniu w rudymentach zawodu został wywiadowcą. Zajęcie było wprawdzie uciążliwe, ale odpowiadało jego ruchliwej, niespokojnej naturze. Niestety przerwała tę pracę wojna. Służył przez rok w wojskowej kolumnie sanitarnej pod Baltimore, na front go nie wysłano. Przeszedł natomiast pod­czas światowej epidemii w 1918 roku influencę, zwaną wówczas hiszpanką, a w jej wyniku odezwała się gruźlica. Choroba, chociaż zaleczona podczas paru pobytów w szpitalach wojskowych, nadwerężyła mu zdrowie na resztę życia i powracała potem kilkoma falami. Pomiędzy kolejnymi atakami gruź­licy próbował podejmować na nowo pracę agenta Pinkertona, tym razem na zachodnim wybrzeżu, w Spokane w stanie Waszyngton i w San Francisco w Kalifornii, ale przerastało to już jego siły. Zahaczył się więc jako agent reklamowy wielkiej kalifornijskiej firmy jubilerskiej, nade wszystko jednak zaczął gorączkowo pisać wiersze, opowiadania i powieści. Od 1923 roku w po­pularnym magazynie „Black Mask&#8221; zaczęły się ukazywać jego utwory o bez­imiennym wywiadowcy Kontynentalnej Agencji Detektywistycznej i w ciągu dwunastu lat powstało ich bardzo wiele. Powstały też słynne powieści Sokół maltański (1930) i Papierowy człowiek (1932), którym Dashiell Hammett zawdzięcza miano jednego z najwybitniejszych twórców w dziedzinie prozy detektywistycznej.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.scfoto.ovh.org/?feed=rss2&amp;p=81</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Makrofotografia</title>
		<link>http://www.scfoto.ovh.org/?p=74</link>
		<comments>http://www.scfoto.ovh.org/?p=74#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Mar 2011 15:14:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fotografia]]></category>
		<category><![CDATA[kąt widzenia]]></category>
		<category><![CDATA[makrofotografia]]></category>
		<category><![CDATA[nauka fotografii]]></category>
		<category><![CDATA[teleobiektyw]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.scfoto.ovh.org/?p=74</guid>
		<description><![CDATA[
1. Podstawy fizyczne makrofotografii
Obiektyw możemy w przybliżeniu potraktować jako soczewkę o określonej ogniskowej f. Jeżeli
na filmie chcemy uzyskać ostry obraz obiektu położonego w odległości y od tej soczewki to
musi być spełnione równanie:
1/x + 1/y = 1/f
gdzie x jest odległością soczewki od filmu. Z kolei skala odwzorowania (czyli stosunek rozmiaru
obrazu na filmie do rozmiaru rzeczywistego obiektu) [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p></p>
<h2>1. Podstawy fizyczne makrofotografii</h2>
<p>Obiektyw możemy w przybliżeniu potraktować jako soczewkę o określonej ogniskowej f. Jeżeli<br />
na filmie chcemy uzyskać ostry obraz obiektu położonego w odległości y od tej soczewki to<br />
musi być spełnione równanie:</p>
<p>1/x + 1/y = 1/f</p>
<p>gdzie x jest odległością soczewki od filmu. Z kolei skala odwzorowania (czyli stosunek rozmiaru<br />
obrazu na filmie do rozmiaru rzeczywistego obiektu) będzie wynosić S=x/y. Jak łatwo<br />
zauważyć, w przypadku wyostrzenia na nieskończoność odległość soczewki od filmu będzie<br />
równa ogniskowej. W przypadku ostrzenia na przedmiot bliższy musimy tę odległość zwiększyć<br />
o pewien dodatkowy wyciąg d. Zatem x=f+d i nasze równanie przyjmuje postać:</p>
<p>1/(f+d) + 1/y = 1/f</p>
<p>Po wymnożeniu obu stron przez f+d otrzymujemy:</p>
<p>1+ (f+d)/y = (f+d)/f</p>
<p>Z kolei (f+d)/y to nic innego jak x/y czyli nasza skala odwzorowania S. Zatem:<br />
1+S = (f+d)/f, czyli:<br />
S = (f+d)/f-1 i po dalszych przekształceniach:<br />
S=d/f</p>
<p></p>
<p>Zatem chcąc uzyskać odpowiednią skalę odwzorowania musimy odsunąć soczewkę od<br />
położenia odpowiadającego wyostrzeniu na nieskończoność o stosowną odległość d. Obiektyw<br />
&#8217;sam z siebie&#8217; umożliwia odsunięcie na pewną odległość podczas ostrzenia na odległości<br />
mniejsze niż nieskończoność. Dotyczy to obiektywów o &#8216;klasycznym&#8217; sposobie ostrzenia,<br />
obiektywy z wewnętrznym ostrzeniem (tzw. internal focusing) zamiast wprowadzania<br />
dodatkowego wyciągu zmieniają swoją ogniskową. Dla uproszczenia w dalszych rozważaniach<br />
założymy, ze nasz obiektyw ostrzy w sposób klasyczny. Możemy dodatkowy wyciąg<br />
wprowadzany przez obiektyw wyznaczyć z równania:</p>
<p>1/(f+d) + 1/y = 1/f</p>
<p>Przekształcając je uzyskujemy:<br />
1/(f+d) = 1/f &#8211; 1/y<br />
f+d = 1/(1/f &#8211; 1/y)<br />
d = 1/(1/f &#8211; 1/y) – f</p>
<p>Jeśli np. obiektyw o ogniskowej 50mm ma minimalną odległość ostrzenia 35cm (czyli 350mm),<br />
to mamy:</p>
<p></p>
<p>d = 1/(1/50mm &#8211; 1/350mm) &#8211; 50mm = 8.333mm</p>
<p>Wyciąg taki zapewni nam skalę odwzorowania:<br />
S = d/f = 8.333mm/50mm = 0.167</p>
<p>Jak widać, jest to dość umiarkowana skala odwzorowania i do makro temu jeszcze daleko.<br />
Zastanówmy się teraz, jak ją zwiększyć.</p>
<p>Ponieważ S=d/f, możemy S zwiększyć na dwa sposoby &#8211; albo zwiększając d, albo zmniejszając<br />
f. Zwiększenie d uzyskujemy wstawiając miedzy obiektyw a aparat dodatkowe pierścienie lub<br />
mieszek, zaś zmniejszenie f uzyskujemy dokręcając do obiektywu dodatkowe soczewki<br />
nasadkowe.</p>
<h2>2. Pierścienie pośrednie i mieszki.</h2>
<p>Skoncentrujmy się najpierw na zwiększaniu skali odwzorowania przez dodatkowy wyciąg.<br />
Wielkość wyciągu, który zapewni nam odpowiednią skalę odwzorowania możemy wyznaczyć w<br />
następujący sposób:</p>
<p>S = d/f zatem d=Sf</p>
<p>Jak łatwo zauważyć, aby uzyskać skalę odwzorowania 1:1 musimy uzyskać wyciąg d równy<br />
ogniskowej obiektywu. Oczywiście wyciąg ten jest sumą wyciągu zapewnianego przez sam<br />
obiektyw i grubości dodatkowych pierścieni wstawionych miedzy aparat i obiektyw (lub<br />
oczywiście mieszka &#8211; z punktu widzenia naszych rozważań mieszek to po prostu pierścień o<br />
regulowanej długości). W literaturze fotograficznej na ogół nie uwzględnia się wyciągu<br />
zapewnianego przez sam obiektyw, milcząco zakładając, ze jego pierścień ustawiania ostrości<br />
będzie cały czas nastawiony na nieskończoność. W praktyce, jeśli wyliczyliśmy długość<br />
wyciągu zapewnionego przez sam obiektyw, możemy o tę wartość zmniejszyć wymaganą<br />
grubość pierścieni.</p>
<p>Wiemy już zatem, jak wyliczyć wymaganą grubość pierścieni. Pozostaje problem, jak to wpłynie<br />
na jasność obiektywu. Otóż jasność jest określana katalogowo jako stosunek efektywnej<br />
średnicy soczewki obiektywu do ogniskowej. Jasność określona w ten sposób sprawdza się,<br />
dopóki skale odwzorowania są niewielkie. W rzeczywistości jasność obiektywu jest to stosunek<br />
średnicy soczewki obiektywu do odległości między soczewka a filmem. Zwróćmy uwagę, ze dla<br />
obiektywu wyostrzonego na nieskończoność jasność rzeczywista jest dokładnie równa jasności<br />
katalogowej, im większy jest dodatkowy wyciąg tym większa jest rozbieżność. Jeśli określimy<br />
jasność katalogowa jako J, zaś jasność rzeczywista jako Jr, to dla obiektywu o średnicy<br />
soczewki a będzie obowiązywała zależność:</p>
<p>J/Jr = (a/f)/(a/(f+d)), czyli:<br />
Jr=J(a/(f+d))/(a/f)<br />
Jr=Jf/(f+d)</p>
<p>Ponieważ liczba przysłony F jest odwrotnością jasności, mamy:</p>
<p>Fr=F(f+d)/f</p>
<p>Jak widać straty jasności są przy tej metodzie znaczne &#8211; dla skali odwzorowania 1:1 d=f i liczba<br />
przysłony wzrasta dwukrotnie.</p>
<h2>3. Soczewki nasadkowe</h2>
<p>Pierścienie i mieszki pozwalają zwiększyć skale poprzez zwiększenie wyciągu. Można tez<br />
zwiększyć skalę odwzorowania poprzez zmniejszenie ogniskowej. Realizujemy to poprzez<br />
dokręcenie z przodu obiektywu odpowiednich soczewek nasadkowych. Na ogół dla soczewek<br />
takich producenci nie podają ich ogniskowej, zamiast niej podają tzw. zdolność skupiającą<br />
(często też potocznie zwaną mocą optyczną soczewki) wyrażoną w dioptriach. Ta zdolność<br />
skupiająca to po prostu odwrotność ogniskowej soczewki wyrażonej w metrach, zatem<br />
soczewka o zdolności skupiającej +1dioptria ma ogniskową 1m, zaś +4dioptrie &#8211; ogniskową<br />
25cm. Analogiczna zdolność skupiającą możemy wyznaczyć dla obiektywu, np. obiektyw o<br />
ogniskowej 50mm ma zdolność skupiającą +20dioptrii. Soczewki rozpraszające mające ujemną<br />
zdolność skupiającą nie są stosowane w makrofotografii, zatem dalej się nimi zajmować nie<br />
będziemy. Jeżeli przykręcimy do obiektywu o ogniskowej f1 soczewkę nasadkową o ogniskowej<br />
f2 to ogniskową f takiego zestawu możemy wyliczyć ze wzoru:</p>
<p>f=(f1*f2)/(f1+f2)</p>
<p>Jeśli przeliczymy ogniskowe f1 i f2 na zdolności skupiające D1 i D2, wzór będzie jeszcze<br />
prostszy:</p>
<p>D=D1+D2</p>
<p>Jeśli będziemy chcieli ogniskowa otrzymana z powyższego wzoru podstawić do wzoru na skalę<br />
odwzorowania, musimy zdać sobie sprawę, że we wzorze tym pod pojęciem wyciągu<br />
rozumiemy różnicę miedzy rzeczywistym oddaleniem obiektywu od płaszczyzny filmu a<br />
ogniskową. W związku z tym, jeśli dla obiektywu o ogniskowej f1 i wyciągu d skala<br />
odwzorowania S1 wyrażała się wzorem:</p>
<p>S1 = d/f1</p>
<p>to po dołożeniu soczewki nasadkowej o ogniskowej f2 zamiast f1 będziemy podstawiać:<br />
(f1*f2)/(f1+f2), zaś zamiast d: d+f1-(f1*f2)/(f1+f2)</p>
<p>Zatem nasza skala odwzorowania wyniesie:<br />
S=((f1*f2)/(f1+f2)+d+f1-(f1*f2)/(f1+f2))/((f1*f2)/(f1+f2))-1<br />
S=(d+f1-(f1*f2)/(f1+f2))/(f1*f2)/(f1+f2)</p>
<p>Po przekształceniach otrzymujemy:<br />
S=(f1+d)/((f1*f2)/(f1+f2))-1</p>
<p>lub w innej postaci<br />
S=(f1+d)(f1+f2)/(f1*f2)-1</p>
<p>Wzory te są słuszne przy założeniu, ze grubość zespołu soczewek obiektywu i odległość<br />
pomiędzy obiektywem a dokręconą soczewką nasadkową są pomijalnie małe w porównaniu z<br />
ogniskową. W praktyce niezbyt często jest to spełnione i skala odwzorowania wyznaczona z<br />
powyższych wzorów rożni się nieco od rzeczywistej. W praktyce często wykorzystujemy fakt, ze<br />
przy nastawieniu ostrości na nieskończoność odległość przedmiotową (czyli obiektu od środka<br />
optycznego obiektywu) w cm możemy wyznaczyć dzieląc 100 przez zdolność skupiającą<br />
soczewki nasadkowej. Przy takim nastawieniu odległość obrazowa (czyli pomiędzy środkiem<br />
optycznym obiektywu a filmem) jest równa ogniskowej, zaś skalę odwzorowania wyliczymy jako<br />
stosunek odległości obrazowej do przedmiotowej. Dla przykładu, dla obiektywu o ogniskowej<br />
200mm z soczewką nasadkową +2 dioptrie mamy:</p>
<p>Odległość przedmiotowa y=100cm/2=50cm<br />
Odległość obrazowa x=20cm<br />
Skala odwzorowania S=x/y=0.4</p>
<p>Jeśli soczewka nasadkowa ma nie mniejszą średnicę niż przednia soczewka obiektywu, to<br />
praktycznie nie wpływa na jasność obrazu. Jak pamiętamy jasność to stosunek średnicy<br />
soczewki obiektywu do odległości miedzy soczewką obiektywu a filmem, a dokręcenie soczewki<br />
nasadkowej nie wpływa na żaden z tych parametrów. Gdyby rozważać temat dokładniej,<br />
należało by zamiast odległości miedzy soczewką obiektywu a filmem mówić o odległości miedzy<br />
środkiem optycznym obiektywu a filmem, a na ten parametr dokręcenie soczewki ma pewien<br />
wpływ. Ponadto dołożenie dodatkowego elementu optycznego powoduje zawsze straty światła<br />
wskutek odbić od powierzchni szkła oraz tłumienia światła w szkle. Wpływ tych wszystkich<br />
rozbieżności jest jednak znacznie mniejszy niż tolerancje materiałów fotograficznych na błędna<br />
ekspozycje, zatem w praktyce przyjmuje się, ze dokręcenie soczewki nasadkowej nie wpływa<br />
na jasność obiektywu.</p>
<h2>4. Pierścienie odwrotnego mocowania.</h2>
<p>Kolejną metodą uzyskania większej skali odwzorowania jest zastosowanie tzw. pierścienia<br />
odwrotnego mocowania obiektywu. Za jego pomocą montuje się obiektyw &#8216;tyłem do przodu&#8217;,<br />
czyli gwintem do filtra w stronę aparatu. Wykorzystuje się przy tym fakt, ze środek optyczny<br />
obiektywu leży dla typowych obiektywów o ogniskowej ok. 50mm bliżej bagnetu niż gwintu do<br />
filtra, w związku z czym odwrócenie obiektywu powoduje pewne odsunięcie tego środka od<br />
płaszczyzny filmu. Dodatkowo sam pierścień odwrotnego mocowania ma też pewną grubość i<br />
działa jak mały pierścień pośredni. Określenie skali odwzorowania w takim przypadku wymaga<br />
znajomości wymiarów obiektywu &#8211; znając je i odległość miedzy płaszczyzną bagnetu a filmem<br />
można wyznaczyć położenie środka optycznego wewnątrz obiektywu a następnie wyliczyć, o ile<br />
odsunie się on od płaszczyzny filmu po odwrotnym zamocowaniu obiektywu. W tym miejscu<br />
uwaga &#8211; metoda ta sprawdza się dobrze dla obiektywów o stosunkowo krótkich ogniskowych.<br />
Obiektywy długoogniskowe są często w celu zmniejszenia wymiarów konstruowane tak, ze<br />
środek optyczny jest w pobliżu przedniej soczewki, a nawet czasami przed nią. W takim<br />
przypadku odwrotne zamocowanie nie zwiększy skali odwzorowania &#8211; może ja zmniejszyć, a w<br />
pewnych przypadkach nawet uniemożliwić uzyskanie ostrego obrazu.</p>
<p>W przypadku obiektywów szerokokątnych można uzyskać w ten sposób duże skale<br />
odwzorowania przy dość rozsądnej odległości ostrzenia &#8211; punkt ostrości jest zawsze oddalony<br />
od płaszczyzny bagnetu obiektywu (która przy odwrotnym mocowaniu jest z przodu) o co<br />
najmniej odległość równa odległości między płaszczyznami mocowania bagnetu i filmu w<br />
korpusie aparatu.</p>
<h2>5. Telekonwertery.</h2>
<p>Jeszcze jedną metodą jest zastosowanie telekonwertera. Zazwyczaj mówi się, ze telekonwerter<br />
2x wydłuża 2x ogniskową, kosztem zmniejszenia jasności o dwie działki przysłony przy<br />
niezmienionej minimalnej odległości ostrzenia. Można wykazać, ze z tym podwojeniem<br />
ogniskowej to nie jest do końca prawda. Załóżmy, ze nasz obiektyw zapewnia wyciąg równy<br />
ogniskowej. Wówczas przy maksymalnym wyciągu mamy skalę odwzorowania S=d/f=1 i<br />
odległość obrazową x=f+d=2f Ponieważ skala odwzorowania jest równa stosunkowi odległości<br />
obrazowej x do przedmiotowej y, łatwo zauważyć, ze w takim przypadku odległość<br />
przedmiotowa (czyli minimalna odległość ostrzenia naszego obiektywu) musi być równa<br />
odległości obrazowej, czyli y=2f. Gdyby telekonwerter podwajał ogniskową bez zmiany<br />
odległości ostrzenia, po założeniu konwertera do podstawowego równania soczewki 1/x + 1/y =<br />
1/f musielibyśmy podstawić wartości y=2f (bo się nie zmieniło) i zamiast f podstawić 2f (bo<br />
ogniskowa się podwoiła) Równanie nasze przyjęło by postać: 1/x + 1/2f = 1/2f<br />
Jak łatwo zauważyć, może ono być spełnione tylko dla nieskończonej wartości x i wówczas<br />
skala odwzorowania S=x/y wychodzi tez nieskończona. Jak zatem widać, założenie podwajania<br />
ogniskowej prowadzi do niedorzecznych rezultatów. W rzeczywistości telekonwerter powiększa<br />
obraz w stosunku równym krotności telekonwertera (czyli rozważany przez nas powiększy 2x)<br />
bez zmiany odległości ostrzenia. Dla dużych odległości ostrzenia daje to taki sam efekt, jak<br />
zwielokrotnienie ogniskowej. Zatem zastosowanie telekonwertera umożliwia uzyskanie skali<br />
odwzorowania tyle razy większej, ile wynosi krotność telekonwertera.</p>
<h2>6. Obiektywy makro i obiektywy zmienno ogniskowe z funkcja makro</h2>
<p>Niektóre obiektywy umożliwiają uzyskanie dużych skal odwzorowania bez żadnych<br />
dodatkowych środków. Można tu wyróżnić dwie grupy &#8211; obiektywy makro i obiektywy<br />
zmiennoogniskowe z funkcją makro. Obiektywy makro są optymalizowane pod kątem uzyskania<br />
najlepszych właściwości optycznych przy minimalnych odległościach ostrzenia. Zazwyczaj<br />
umożliwiają uzyskanie skali odwzorowania od 1:2 lub 1:1. Przy tych dających 1:2 często<br />
dołączana jest dedykowana soczewka nasadkowa umożliwiająca uzyskanie skali 1:1.<br />
Soczewka taka jest zoptymalizowana dla danego obiektywu i jedynie w niewielkim stopniu psuje<br />
jego korekcje optyczną. Obiektywy makro są często używane do reprodukcji i zazwyczaj są<br />
projektowane tak, że powierzchnia ostrzenia (czyli powierzchnia, na której leżą punkty tworzące<br />
ostry obraz na filmie) jest płaska (dla zwykłych obiektywów powierzchnia ta jest zazwyczaj<br />
wycinkiem sfery). Konstrukcja taka umożliwia uzyskanie ostrego obrazu całej reprodukowanej<br />
płaszczyzny przy pełnej jasności obiektywu. Obiektywy makro umożliwiają na ogół ustawienie<br />
ostrości w pełnym zakresie aż do nieskończoności (raz tylko zdarzyło mi się widzieć nietypowy<br />
obiektyw, którego maksymalna odległość ostrzenia wynosiła kilkadziesiąt cm &#8211; był to raczej<br />
osobliwy wyjątek potwierdzający regułę). Można je również wykorzystywać jako bardzo dobre<br />
obiektywy do innych celów, niż makrofotografia &#8211; ich parametry optyczne również przy<br />
nieskończoności są zazwyczaj bardzo dobre. Obiektywy zmiennoogniskowe z funkcją makro są<br />
zazwyczaj tanimi obiektywami amatorskimi, nie zapewniającymi zbyt dużych skal odwzorowania<br />
- najczęściej 1:4 lub 1:5, czasami ok. 1:2.5, sporadycznie 1:2. Ich parametry optyczne z reguły<br />
bardzo ustępują obiektywom makro, tym niemniej jeśli uzyskiwana skala odwzorowania jest<br />
wystarczająca, a planowany format odbitki umiarkowany, mogą stanowić niezłe rozwiązanie.</p>
<h2>7. Praktyczne porównanie soczewek i pierścieni</h2>
<p>Jeśli mamy obiektyw z funkcja makro i osiągana skala odwzorowania nas zadowala, może się<br />
okazać, że możemy rozpocząć przygodę z makro bez jakichkolwiek inwestycji. W przeciwnym<br />
wypadku musimy zastanowić się nad wyborem sprzętu. Najtańszą metoda jest zwykle zakup<br />
soczewek nasadkowych. Ceny takich soczewek zaczynają się już od ok. 20 złotych. Oczywiście<br />
za takie pieniądze kupimy jedynie najtańsze soczewki z byłego ZSRR, ale i takie już często<br />
mogą wystarczyć. Cena soczewek rośnie niestety wraz ze średnicą gwintu. Również klasa<br />
soczewek ma swoja cenę &#8211; przy planowaniu zakupu achromatycznych soczewek takich firm, jak<br />
Nikon czy Canon należy liczyć się z kosztami rzędu 100zl/szt i więcej.</p>
<p>Wadą soczewek nasadkowych jest to, że niestety soczewka stanowi dodatkowy element<br />
optyczny psujący korekcję obiektywu. Często spotyka się rady, ze tylko achromatyczne, lub<br />
tylko z obiektywem stałoogniskowym, gdyż z zoomem jakość będzie fatalna. Z moich<br />
doświadczeń wynika, ze nie zawsze jest tak źle. Soczewki nasadkowe powodują pogorszenie<br />
ostrości rysowania szczególnie przy malej liczbie przysłony i głównie przy brzegach obrazu. To,<br />
na ile to nam przeszkadza zależy od planowanego formatu odbitek, oraz tego, co i jak<br />
fotografujemy. Jeśli chcemy wykonać reprodukcję, zazwyczaj ważna jest dla nas ostrość na<br />
całej powierzchni kadru i wtedy soczewki nasadkowe mogą się nie sprawdzić. W przypadku<br />
makrofotografii obiektów przestrzennych (kwiaty, owady itp.) zazwyczaj krytyczna jest jedynie<br />
ostrość w pobliżu środka kadru &#8211; głębia ostrości przy makrofotografii jest zazwyczaj bardzo mała<br />
- często zaledwie ułamek mm &#8211; i zwykle nie ma możliwości, aby cały fotografowany obiekt się w<br />
niej zmieścił. W takich przypadkach najczęściej obraz komponujemy tak, ze to, co ma być ostre<br />
wypada w pobliżu środka kadru. Ponadto ze względu na głębię ostrości stosujemy wtedy duże<br />
liczby przysłony &#8211; ja np. praktycznie nie robię makro przy liczbie przysłony mniejszej, niż 11 (a<br />
najczęściej jest to 16 lub 22). Przy takim przymknięciu obiektywu wpływ dodatkowej soczewki<br />
na ostrość jest znacznie mniejszy. Osobiście najczęściej stosuje soczewki nasadkowe +2 i +3<br />
dioptrie z zoomem 80-200f4.7-5.6 i do formatu 15&#215;21cm uważam efekt za zupełnie przyzwoity.<br />
Miałem tez +6 dioptrii, ale tu już są pewne ograniczenia &#8211; przy ogniskowych gdzieś tak do<br />
130mm efekt był przyzwoity, przy dalszym wydłużaniu ogniskowej następował gwałtowny<br />
spadek ostrości rysowania. Zakładałem tez na obiektyw 2 szt. soczewek po 2 dioptrie i odbitki<br />
(wprawdzie w formacie 10&#215;13cm, większych z negatywów uzyskanych w ten sposób nie<br />
próbowałem robić) wychodziły bez zarzutu. Stosowane przeze mnie soczewki to tanie rosyjskie<br />
i takich niezbyt renomowanych firm jak Hama, Hanimex czy Soligor. Z takim zestawem uzyskuję<br />
skale odwzorowania do ok. 1.5:1.</p>
<p>Chciałbym w tym miejscu podsunąć jeszcze jeden pomysł &#8211; otóż doskonałą soczewkę<br />
nasadkową może stanowić drugi obiektyw. Drogie achromatyczne soczewki Nikona, czy<br />
Canona zawierają tylko 2 elementy optyczne, a przeciętny standardowy obiektyw<br />
stałoogniskowy zawiera ich od 4 do 8, należy więc oczekiwać, że będzie dużo lepiej<br />
skorygowany optycznie. Aby zastosować taką konfigurację należy zaopatrzyć się w pierścień<br />
(możliwie krotki ze wzgl. na winietowanie) posiadający na obu końcach gwinty zewnętrzne<br />
odpowiadające gwintom pod filtr posiadanych obiektywów. Obiektywy montujemy przodami do<br />
siebie, gdyż typowy obiektyw ma korekcję optymalizowaną dla sytuacji, gdy odległość<br />
przedmiotowa jest znacznie większa od obrazowej. Ponieważ przy makrofotografii odległość<br />
przedmiotowa jest niewielka, odwrotne zamocowanie dodatkowego obiektywu zapewni lepsze<br />
wykorzystanie jego możliwości optycznych. Ze względu na winietowanie wskazane jest, aby<br />
dodatkowy obiektyw miał możliwie dużą jasność. Ostrość dodatkowego obiektywu ustawiamy<br />
na nieskończoność, przysłonę otwieramy maksymalnie &#8211; regulacje przysłony należy w takiej<br />
konfiguracji wykonywać na tym obiektywie, który jest bezpośrednio połączony z aparatem.<br />
Koszt pierścienia łączącego nie jest duży &#8211; rzędu 20-30zl. Skala odwzorowania (przy<br />
nastawieniu ostrości głównego obiektywu na nieskończoność) jest równa stosunkowi<br />
ogniskowych obiektywu głównego do dodatkowego. Problemem przy korzystaniu z takiego<br />
zestawu jest winietowanie &#8211; aby go uniknąć dodatkowy obiektyw powinien mieć jak największą<br />
jasność (wtedy ma odpowiednio dużą średnicę soczewek). Naostrzenie głównego obiektywu na<br />
najmniejszą odległość też zmniejsza prawdopodobieństwo winietowania. W moim przypadku<br />
np. z zoomem 80-200 i dodatkowym obiektywem 50f1.7 winietowanie zaczyna występować dla<br />
ogniskowych głównego obiektywu poniżej ok. 130mm. Z kolei po założeniu tego samego 50f1.7<br />
na obiektyw makro 100f3.5 można wyraźnie zaobserwować, jak przy zmniejszeniu odległości,<br />
na którą jest naostrzony obiektyw makro zanika efekt winietowania.</p>
<p>Jest to chyba najtańszy sposób uzyskania skal odwzorowania rzędu 3:1 i większych. Trzeba<br />
tylko pamiętać, że głębia ostrości jest przy takiej konfiguracji znikoma, zwłaszcza, ze efektywna<br />
liczba przysłony jest taka, jak nastawiliśmy na obiektywie (w przypadku stosowania mieszka lub<br />
pierścieni efektywna liczba przysłony zwiększa się ze względu na dodatkowy wyciąg).<br />
W przypadku stosowania soczewek nasadkowych z zoomem możemy w bardzo wygodny<br />
sposób regulować skalę odwzorowania poprzez zmianę ogniskowej. Zmiana ogniskowej oraz<br />
regulacja ostrości pierścieniem na obiektywie ma natomiast jedynie niewielki wpływ na<br />
odległość ostrzenia &#8211; decyduje o niej głównie zdolność skupiająca soczewki nasadkowej.<br />
Powoduje to, ze często warto mieć pełen zestaw soczewek o rożnych zdolnościach<br />
skupiających, mimo, że ten sam zakres skal odwzorowania można uzyskać przy mniejszym<br />
zestawie soczewek regulując odpowiednio ogniskową. Ja np. początkowo nie kupowałem<br />
soczewki +1 bo uważałem, ze ten sam zakres skal odwzorowania jestem w stanie uzyskać z<br />
soczewką +2 skracając odpowiednio ogniskową. Gdy zacząłem fotografować motyle, okazało<br />
się, że soczewka +1 jednak by się przydała &#8211; przy tej samej skali mógłbym fotografować z<br />
większej odległości.</p>
<p>Zaletą rozwiązania z soczewkami jest brak wpływu soczewek na jasność obiektywu &#8211; jest to<br />
szczególnie ważne, gdy nie możemy posłużyć się pomiarem TTL. Wprawdzie chyba wszystkie<br />
współczesne aparaty taki pomiar mają, ale z lampą błyskową już nie tak często, poza tym nie<br />
zawsze posiadana lampa błyskowa umożliwia pomiar błysku TTL. Ponadto lepsza jasność to<br />
jaśniejszy obraz w wizjerze ułatwiający precyzyjne skomponowanie kadru i ustawienie ostrości.<br />
Inną zaletą soczewek są rozmiary, ciężar oraz wymiana bez odłączania obiektywu od aparatu -<br />
to ostatnie szczególnie ważne w niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Kolejną zaletą<br />
jest brak jakichkolwiek ograniczeń w przenoszeniu informacji i sygnałów sterujących pomiędzy<br />
aparatem i obiektywem. Jeśli chodzi o dobór ogniskowej obiektywu do współpracy z<br />
soczewkami, to im dłuższa ogniskowa tym większa skala odwzorowania. Z kolei im większa<br />
zdolność skupiająca soczewki &#8211; tym większego należy oczekiwać jej wpływu na korekcję<br />
optyczną zestawu obiektyw-soczewka.</p>
<p>Alternatywą dla soczewek są pierścienie pośrednie. W przypadku aparatów z gwintem M42<br />
mogą one nawet być tańsze &#8211; zestaw 3 pierścieni do Zenita można kupić już za 20-30zl. Do<br />
aparatów z mocowaniem bagnetowym pierścienie są droższe &#8211; zestaw z bagnetem &#8216;K&#8217; to co<br />
najmniej ok. 200-250zl, do innych systemów bagnetu cena może być jeszcze wyższa.<br />
Pierścienie nie zawierają dodatkowych elementów optycznych, zatem nie wpływają na korekcje<br />
optyczną obiektywu. Pogarszają z kolei jasność obiektywu. Ponadto pierścienie ograniczają<br />
możliwości współpracy aparatu z obiektywem &#8211; najczęściej nie działa z nimi AF (nawet<br />
pierścienie z oznaczeniem AF często maja tylko styki do przekazywania sygnałów<br />
elektrycznych oraz standard bagnetu taki, jak obiektywy AF, zaś często brakuje im mechanizmu<br />
sprzęgnięcia silnika AF w aparacie z mechanizmem AF w obiektywie). Inna sprawa, ze AF przy<br />
makro i tak niezbyt często się sprawdza. Często tez można spotkać pierścienie bez<br />
jakichkolwiek styków do przekazywania informacji miedzy obiektywem i aparatem. Jeśli chodzi<br />
o zakres uzyskiwanych skal odwzorowania, to można ja łatwo wyliczyć ze wzoru:<br />
S=d/f</p>
<p>Gdzie d to grubość zestawu pierścieni (lub mieszka), zaś f to ogniskowa obiektywu.<br />
Chciałbym w tym miejscu przestrzec przed stosowaniem z pierścieniami obiektywów o zbyt<br />
krótkiej ogniskowej. Wprawdzie uzyskujemy wtedy przy niewielkiej grubości pierścieni znaczną<br />
skalę odwzorowania, ale płacimy za to bardzo małą odległością przedmiotową. Nie dość, ze<br />
żywy obiekt często wówczas reaguje ucieczką z kadru, to jeszcze stwarza to problemy z<br />
właściwym oświetleniem obiektu, tak, aby nie pozostawał on w cieniu obiektywu. W skrajnych<br />
przypadkach (polecam do takich eksperymentów szczególnie superszerokokątne obiektywy o<br />
ogniskowych poniżej 20mm) może się okazać, ze po założeniu pierścienia punkt, którego obraz<br />
byłby ostry znajduje się gdzieś we wnętrzu obiektywu.</p>
<p>Jeśli chodzi o mieszki, to w zasadzie odnoszą się do nich te same uwagi, co i do pierścieni.<br />
Zdecydowanie większe są tylko uzyskiwane wyciągi, a wiec i skale odwzorowania są zwykle<br />
większe. Większe tez są z reguły ograniczenia we współpracy aparatu z obiektywem &#8211; na ogol<br />
mieszek nie ma jakichkolwiek styków informacyjnych. Mieszki do aparatów z bagnetem są<br />
zwykle kosztowne. Alternatywą wartą rozważenia jest zakup przejściówki na gwint M42 i<br />
rosyjskiego mieszka do Zenita (trafiają się czasem nawet po 60zl). Mieszki te są naprawdę<br />
dobre &#8211; maja podwójny wyciąg (zakres od 40 do 240mm), sanki do przesuwania wzdłużnego<br />
mieszka na statywie (wygodne przy ustawianiu ostrości) a obiektywy na gwint M42 można kupić<br />
za naprawdę małe pieniądze. Warto tez w takim przypadku zakupić pierścień odwrotnego<br />
mocowania &#8211; odwrotne zamocowanie obiektywu na końcu mieszka zapewni lepsze<br />
wykorzystanie jego właściwości optycznych a i kształt obiektywów jest zazwyczaj taki, ze po<br />
odwrotnym zamocowaniu obiektyw w mniejszym stopniu utrudnia właściwe oświetlenie<br />
fotografowanego obiektu (pamiętajmy, ze przy stosowaniu mieszka wyciąg jest tak duży, ze<br />
odległość przedmiotowa jest na ogol niewiele tylko większa od ogniskowej). Rozwiązanie takie<br />
sprawdza się dobrze w przypadku fotografowania obiektów nieruchomych &#8211; przy ruchomych<br />
obiektach konieczność ręcznego przymykania przysłony jest bardzo niewygodna. W przypadku<br />
pracy z mieszkiem dodatkowy wyciąg jest duży (zazwyczaj minimalny wyciąg mieszka to ok. 4-<br />
5cm) i z obiektywami o standardowych ogniskowych skale odwzorowania są bardzo duże -<br />
zazwyczaj powyżej 1. Przy takich skalach bardzo istotna jest stabilność zestawu &#8211; szczególnie<br />
w przypadku korzystania ze światła zastanego. Można w tym celu zastosować solidny statyw,<br />
ale ja najczęściej umieszczam po prostu mieszek (lub 2 mieszki połączone pierścieniami) na<br />
stabilnym stole &#8211; rosyjskie mieszki mają płaską podstawę i zestaw bardzo stabilnie stoi na<br />
podstawie mieszka. Motyw umieszczam na tym samym stole przed obiektywem i ustawiam kadr<br />
i ostrość manipulując motywem (zazwyczaj motyw jest lżejszy od aparatu z mieszkiem i łatwiej<br />
nim precyzyjnie manewrować). Często stosuję w tym celu uchwyty montażowe dla<br />
radioamatorów z krokodylkami &#8211; można przy ich użyciu dowolnie obracać zamocowanym<br />
motywem na wszystkie strony.</p>
<p>W przypadku zdjęć w plenerze mieszek ze standardowym obiektywem zapewnia bardzo duże<br />
skale odwzorowania, które w plenerze są dość trudne do zastosowania. Z doświadczenia wiem,<br />
ze przy skalach większych od 1 procent ostrych zdjęć wykonanych w terenie drastycznie maleje<br />
- głębia ostrości jest wtedy tak mała, ze nawet minimalne drgniecie przedmiotu potrafi<br />
wyprowadzić go ze strefy ostrości (a trzeba pamiętać, ze nie tylko liście się trzęsą &#8211; nawet<br />
statyw na wietrze tez potrafi być niestabilny). Na dodatek w plenerze często chcemy wykonać<br />
fotografie obiektów ruchomych &#8211; np. żywych owadów. W takich warunkach mieszek M42 jest<br />
niemal bezużyteczny ze względu na konieczność ręcznego przymykania przysłony &#8211; szansa na<br />
to, aby w trakcie przymykania przysłony motyw nie uciekł nam z głębi ostrości są znikome.<br />
Przydaje się wtedy mieszek na bagnet zapewniający przenoszenie sterowania przysłoną<br />
(uwaga: nie wszystkie mieszki na bagnet to zapewniają!). Nawet jednak użycie mieszka z<br />
przenoszeniem przysłony nie zapewnia łatwego wykonywania takich zdjęć. Przy szybko<br />
poruszających się owadach statyw jest często nieprzydatny &#8211; nie da się gonić za owadem ze<br />
statywem i trzeba zdjęcie robić &#8216;z ręki&#8217; &#8211; wbrew pozorom przy odrobinie wprawy jest to<br />
wykonalne. Wykonywałem zdjęcia mrówek w plenerze z mieszkiem przy skali ok. 4:1 i uważam,<br />
że uzyskanie w takich warunkach 10% dobrych technicznie zdjęć jest bardzo dobrym<br />
rezultatem. Nieco łatwiej jest w przypadku, gdy możemy dokładnie przewidzieć miejsce<br />
pojawiania się owada &#8211; np. pszczół przy wejściu do ula &#8211; wtedy można użyć statywu.<br />
Mieszek jest też często przydatny w przypadku teleobiektywów &#8211; dają one z mieszkiem<br />
umiarkowane skale odwzorowania &#8211; rzędu 1:4 czy 1:2 ale za to ze znacznej odległości &#8211; jest to<br />
często istotne, gdy motyw jest płochliwym zwierzątkiem. Ponieważ skale odwzorowania nie są<br />
w takim przypadku bardzo duże &#8211; dobrym rozwiązaniem może być nawet mieszek M42. Głębia<br />
ostrości jest w takich sytuacjach dość duża, nie ma często konieczności zbyt silnego<br />
przymykania przysłony i może się okazać, że nawet po przymknięciu przysłony jasność obrazu<br />
w wizjerze będzie jeszcze wystarczająca.</p>
<p>W przypadku używania pierścieni i mieszków z obiektywami zmiennoogniskowymi zmiana<br />
ogniskowej ma ogromny wpływ na odległość przedmiotowa, zaś tylko niewielki na skale<br />
odwzorowania. Uważam, ze jest to mniej wygodne, niż w przypadku soczewek nasadkowych,<br />
gdzie możemy wygodnie regulować skalę odwzorowania poprzez zmianę ogniskowej.</p>
<h2>8. Dobór przesłony</h2>
<p>W przypadku reprodukcji głównym kryterium jest uzyskanie maksymalnej ostrości rysowania,<br />
zatem zazwyczaj wystarcza przymkniecie przysłony o 2-3 działki (lepiej o 2-3 niż &#8216;do oporu&#8217;,<br />
dlaczego &#8211; o tym za chwilę). Zapewnia to również najczęściej wystarczającą głębię ostrości. W<br />
przypadku obiektów przestrzennych główną bolączką jest zazwyczaj mała głębia ostrości i<br />
przysłonę mocno przymykamy, aby głębię zmaksymalizować.</p>
<p>Aby wyznaczyć głębię ostrości, musimy znać (nie tylko w przypadku makro):<br />
• ogniskową obiektywu (f)<br />
• przysłonę (F)<br />
• nastawioną odległość (y)<br />
• średnicę krążka rozproszenia (c)</p>
<p>Wszystkie miary długości podajemy w tych samych wielkościach, jeśli zatem ogniskowa,<br />
odległość i krążek rozproszenia będą w mm, to i wyniki uzyskamy w mm.</p>
<p>Pewnych wyjaśnień wymagać może wielkość krążka rozproszenia &#8211; otóż teoretycznie, przy<br />
założeniu, ze obrazem punktu na obiekcie musi być na kliszy punkt, wielkość głębi ostrości<br />
wynosi zawsze 0 &#8211; tylko dla jednej konkretnej odległości obrazem punktu będzie punkt (i to<br />
niezależnie od przysłony). Dla każdej innej odległości obrazem punktu będzie krążek o pewnej<br />
średnicy. Oczywiście w praktyce założenie takie jest nieprzydatne, chociażby ze względu na<br />
rozdzielczość filmu &#8211; nawet jeśli naświetlimy punkt o nieskończenie małym rozmiarze, to i tak<br />
plamka na filmie będzie miała pewne, skończone rozmiary. Zatem przyjmujemy, ze za ostry<br />
będziemy uważali obraz dotąd, dopóki obrazem punktu będzie krążek o średnicy nie większej<br />
niż pewna wartość graniczna nazywana dopuszczalną średnicą krążka rozproszenia. Wielkość<br />
dopuszczalnej średnicy krążka rozproszenia zależy od formatu negatywu i przewidywanej<br />
wielkości odbitki. Można to sobie przeliczyć następująco: Jeżeli korzystamy z formatu negatywu<br />
24*36mm i przewidujemy format odbitki np. 13*18cm i chcemy mieć odbitkę ostrą &#8216;jak żyleta&#8217; to<br />
rozmiar krążka rozproszenia na odbitce nie powinien być większy niż 0.1mm (bo taka jest<br />
najmniejsza wielkość szczegółów rozróżnialnych gołym okiem). Powiększenie pozytyw/negatyw<br />
wynosi 18cm/36mm=180/36=5, zatem dopuszczalna średnica krążka rozproszenia na<br />
negatywie wynosi 0.1mm/5=0.02mm. Oczywiście musimy mieć negatyw, który będzie miał taka<br />
rozdzielczość, w przeciwnym wypadku ziarno spowoduje, ze i tak ostrości odbitki nie będzie<br />
można docenić. W praktyce w podręcznikach spotyka się zalecenia stosowania max. średnicy<br />
krążka rozproszenia 0.03mm dla formatu 24*36mm, 0.06mm dla 6&#215;6cm i 0.075mm dla 6&#215;9cm.<br />
Uzasadnieniem dla takiego podejścia jest przyjęcie, ze oko ludzkie odróżnia jako oddzielne<br />
obiekty, których kat widzenia rożni się o więcej niż ok. 1&#8221; (minuta kątowa), zaś odbitki ogląda się<br />
zazwyczaj z odległości równej ich przekątnej &#8211; zatem im większy format, tym większa odległość<br />
oglądania i wielkość krążka rozproszenia może być większa &#8211; osobiście uważam, ze zamiast<br />
kierować się ślepo zaleceniami lepiej pomyśleć i samemu sobie przeliczyć. Znając średnicę<br />
krążka rozproszenia można policzyć tzw. odległość hiperfokalną (hyperfocal distance). Jest to<br />
odległość, przy nastawieniu której głębia ostrości rozciąga się do nieskończoności.</p>
<p>Wyznaczamy ja w/g wzoru:<br />
h=f*f/(F*c)</p>
<p>Znając odległość hiperfokalną hd oraz odległość na którą nastawiliśmy ostrość d możemy<br />
wyznaczyć minimalną i maksymalną odległość miedzy którymi obraz będzie spełniał nasze<br />
kryterium ostrości:</p>
<p>ymin=(h*y)/(h+(y-f))<br />
ymax=(h*y)/(h-(y-f))</p>
<p>Należy pamiętać o unikaniu pomieszania jednostek &#8211; jeśli dane wprowadzaliśmy w mm to i<br />
wynik otrzymamy w mm i możemy zamienić go na m dzieląc przez 1000. Jeśli ymax wyjdzie<br />
ujemne, oznacza to, ze dla wprowadzonych danych nasza głębia ostrości będzie się rozciągała<br />
&#8216;za nieskończoność&#8217;. Oczywiście w przypadku makrofotografii taka sytuacja raczej nam nie grozi<br />
 <img src='http://www.scfoto.ovh.org/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';-)' class='wp-smiley' /> </p>
<p>Wyliczmy dla przykładu głębię ostrości, gdy posługujemy się obiektywem f=50mm, nastawiliśmy<br />
liczbę przysłony F=16 i chcemy tak dobrać dodatkowy wyciąg mieszka d, aby uzyskać skale<br />
odwzorowania S=2. Z negatywu małoobrazkowego planujemy wykonać odbitkę 13*18cm i jak<br />
już wcześniej policzyliśmy dopuszczamy krążek rozproszenia 0.02mm.<br />
d=Sf, zatem d=2*50mm=100mm</p>
<p>Skala jest ilorazem odległości obrazowej i przedmiotowej S=x/y, odległość obrazowa jest suma<br />
ogniskowej i dodatkowego wyciągu x=f+d, zatem:<br />
y=x/S=(f+d)/S=150mm/2=75mm</p>
<p>Odległość hiperfokalna wyniesie:<br />
h=f*f/(F*c)=50mm*50mm/(16*0.02mm)=7812.5mm (czyli nieco ponad 7.8m).</p>
<p>Dolna i górna granica głębi ostrości wyniosą odpowiednio:<br />
ymin=(h*y)/(h+(y-f))=7812.5mm*75mm/(7812.5mm+25mm)=74.76mm<br />
ymax=(h*y)/(h-(y-f))=7812.5mm*75mm/(7812.5mm-25mm)=75.24mm</p>
<p>Szerokość głębi ostrości wyniesie:<br />
ymax-ymin=75.24mm-74.76mm=0.48mm</p>
<p>W tym momencie chyba nikt z czytających nie ma już wątpliwości, ze przy naprawdę dużych<br />
skalach odwzorowania znikoma głębia ostrości stanowi duże utrudnienie w pracy i stosowanie<br />
dużych liczb przysłony jest bardzo uzasadnione. Warto przy tym zwrócić uwagę, ze można<br />
wykazać, iż dla danych liczb przysłony, średnicy krążka rozproszenia i skali odwzorowania<br />
szerokość głębi ostrości pozostaje stała, tzn. zmiana ogniskowej obiektywu wpływa tylko na<br />
odległość przedmiotową i wyciąg, a nie na głębię ostrości.</p>
<p>W tej sytuacji wydawać by się mogło, ze obiektywy do makro powinny umożliwiać ustawienie<br />
ogromnych liczb przysłony. Faktycznie, maksymalna liczba przysłony jest w nich zazwyczaj<br />
nieco wyższa niż w zwykłych obiektywach, ale na ogol nie większa niż 32 lub 45. Wynika to ze<br />
zjawiska dyfrakcji światła. Na podstawie tzw. kryterium Rayleigha można wykazać, że wskutek<br />
dyfrakcji (ugięcia) światła na krawędziach blaszek przysłony maksymalna możliwa zdolność<br />
rozdzielcza obiektywu R o przysłonie F dla światła o długości fali n wynosi:</p>
<p>R=0.823/(F*n)[linii/mmm]</p>
<p>Jeśli przyjmiemy długość fali światła 555nm (mniej więcej środek widzialnego widma) to<br />
zdolność rozdzielcza wyniesie:</p>
<p>R=1482/F[linii/mm]</p>
<p>Zatem dla liczb przysłony otrzymujemy odpowiednio:</p>
<p>F8 &#8211; 185linii/mm<br />
F11 &#8211; 135linii/mm<br />
F16 &#8211; 93linie/mm<br />
F22 &#8211; 67linii/mm<br />
F32 &#8211; 46linii/mm<br />
F45 &#8211; 33linie/mm</p>
<p>Oczywiście wyliczone wartości są maksymalnymi możliwymi wartościami teoretycznymi, w<br />
praktyce ze wzgl. na niedoskonałość korekcji optycznej obiektywu uzyskiwane rozdzielczości<br />
(szczególnie dla mniejszych liczb przysłony) są znacznie gorsze. Jak zatem widać, przy dużych<br />
liczbach przysłony prawa fizyki zaczynają w istotny sposób ograniczać zdolność rozdzielczą<br />
obiektywu. Jest to przyczyna, dla której wiele obiektywów dobrej klasy osiąga najlepszą ostrość<br />
rysowania dla przysłon ok. 8-11 i większe przymykanie przysłony przy reprodukcji nie ma<br />
sensu. Przy obiektach trójwymiarowych zwykle bardziej przysłonę przymykamy, gdyż zysk na<br />
głębi ostrości jest bardziej istotny niż spadek ostrości rysowania spowodowany dyfrakcją. W tym<br />
miejscu mała dygresja &#8211; spotkałem się z publikacjami testów obiektywów, gdzie pisało jak byk,<br />
ze obiektyw utrzymuje zdolność rozdzielczą ponad 90linii/mm w całym zakresie przysłon od 4<br />
do 22. Wyniki takie świadczą tylko o nierzetelności ich autorów &#8211; praw fizyki niestety oszukać się<br />
nie da!</p>
<h2>9. Oświetlenie</h2>
<p>W przypadku makrofotografii bardzo często problemem jest zbyt mała ilość światła &#8211; przysłona<br />
jest zazwyczaj silnie przymknięta ze względu na głębię ostrości a w przypadku dużych skal<br />
odwzorowania warunki na długość czasu ekspozycji ze względu na poruszenie zdjęcia są<br />
znacznie ostrzejsze niż przy małych skalach. W przypadku nieruchomych motywów możemy<br />
użyć statywu. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z tego, że przy makro wymogi na stabilność<br />
statywu są bardzo ostre. Ponadto dość często motywy, które na pierwszy rzut oka wydają się<br />
być nieruchomymi w rzeczywistości jednak się poruszają. Dobrym przykładem jest tu pajęczyna<br />
- jeśli jej się dokładnie przyjrzeć, to nawet w pozornie nieruchomym powietrzu przez cały czas<br />
nieco się porusza.</p>
<p>W warunkach studyjnych można sobie poradzić stosując doświetlanie światłem żarowym. Ja np.<br />
stosuję w tym celu reflektorki halogenowe używane do oświetlania kuchni. Zazwyczaj stosuje<br />
dwa po dwóch stronach motywu, aby cienie nie były za ostre. Ich temperaturę barwową<br />
koryguję przy pomocy niebieskiej folii używanej przez filmowców. Można to też zrobić przy<br />
użyciu filtra zakładanego na obiektyw, ale korygowanie światła bezpośrednio na żarówkach jest<br />
lepsze &#8211; ze względu na duże wymagania co do intensywności światła motyw jest oświetlany z<br />
małej odległości i jest dość silnie nagrzewany światłem żarówek (zresztą obiektyw też &#8211; trzeba<br />
pamiętać, że przy dużych skalach odległość przedmiotowa to zaledwie kilka cm) a folia<br />
założona na żarówki pozwala to nagrzewanie nieco ograniczyć. Staram się oświetlać na tyle<br />
intensywnie, abym mógł ocenić głębię ostrości i rozkład świateł przy przymkniętej do wartości<br />
roboczej przysłonie. W przypadku mieszków M42 ma to tę dodatkową zaletę, że ustawiając<br />
ostrość przy przysłonie roboczej unikam niebezpieczeństwa jej przestawienia przy przymykaniu<br />
przysłony.</p>
<p>Światło ciągłe ma tę zaletę, że można dobrze ocenić rozkład świateł w kadrze, ułatwia też<br />
ustawienie ostrości, ale nie zawsze można je stosować właśnie ze względu na nagrzewanie. W<br />
takich przypadkach jedynym wyjściem pozostaje użycie światła błyskowego. Najlepszym<br />
rozwiązaniem jest wg mnie lampa TTL sterowana kablem poza stopka aparatu. Umieszczamy<br />
ja obok obiektywu i kierujemy na motyw. Jeśli warunki pozwalają można po drugiej stronie<br />
motywu umieścić ekran rozpraszający dla rozjaśnienia cieni. Istnieją specjalne lampy<br />
pierścieniowe do makro, ale wg mnie dają one trochę nienaturalne oświetlenie &#8211; bardzo płaskie,<br />
bezcieniowe. Innym rozwiązaniem jest zastosowanie lampy TTL zamocowanej w stopce<br />
aparatu. Nie potrzebujemy wtedy kabla sterującego, ale z reguły musimy użyć dodatkowego<br />
rozpraszacza do kierowania światła lampy na motyw &#8211; sama lampa z reguły będzie świeciła za<br />
wysoko. Poza tym przy umieszczeniu lampy na stopce może się okazać, ze obiektyw będzie<br />
zacieniał motyw. W pewnych sytuacjach bardzo wygodnym rozwiązaniem jest użycie<br />
wbudowanej lampy błyskowej. Stosowałem takie rozwiązanie zarówno z obiektywem 80-<br />
200f4.7-5.6 z soczewkami nasadkowymi +2 lub +3 dioptrie, jak też z Cosiną 100f3.5 macro z<br />
dedykowaną soczewką nasadkową. W obu przypadkach lampa mojego Pentaxa MZ-5n<br />
oświetla skutecznie motyw &#8211; przysłona 16 lub 22 i zdjęcia wychodzą bardzo ładnie.<br />
W przypadku braku lampy TTL można albo użyć lampy manualnej i pracowicie wyliczać z liczby<br />
przewodniej odległość z jakiej należy oświetlić motyw lampą (trzeba w tym celu najpierw<br />
przeliczyć efektywną liczbę przysłony), uwzględniając przy tym fakt, że przy odległościach<br />
poniżej kilkudziesięciu cm nie możemy lampy traktować jak punktowe źródło światła i obliczenia<br />
na podstawie liczby przewodniej stają się niedokładne, albo spróbować użyć lampy z własną<br />
automatyką ekspozycji.</p>
<p>W tym drugim przypadku trzeba pamiętać o wycelowaniu lampy tak, aby jej czujnik ekspozycji<br />
był nakierowany na motyw. Trzeba też pamiętać, że automatyka zazwyczaj posiada pewien<br />
minimalny zasięg (wynikający z minimalnego czasu błysku możliwego do uzyskania ze względu<br />
na szybkość automatyki lampy) a ponadto z reguły jest przystosowana do pracy przy<br />
stosunkowo niedużej liczbie przysłony &#8211; mniejszej, niż stosowane przy makrofotografii. Oba te<br />
problemy można rozwiązać zakładając na obiektyw filtr szary. Filtr taki spowoduje, ze<br />
automatyka lampy będzie chciała oświetlić motyw silniejszym światłem &#8211; odpowiednio do<br />
krotności filtra. Spowoduje to zmniejszenie zasięgu lampy (bo dla uzyskania silniejszego<br />
oświetlenia lampa musi wydłużyć czas błysku) przy czym oba zasięgi (minimalny i maksymalny)<br />
zmniejszają się proporcjonalnie do pierwiastka z krotności filtra (czyli np. filtr 4-krotny powoduje<br />
dwukrotny spadek zasięgów lampy). Przy okazji filtr powoduje konieczność przymknięcia<br />
przysłony w stosunku do normalnie zalecanej przez automatykę lampy o odpowiednią ilość<br />
działek (2x &#8211; o 1 działkę, 4x &#8211; o 2 działki, 8x &#8211; o 3 działki itd.) co jest korzystne z punktu widzenia<br />
głębi ostrości. Rozwiązanie takie jest mniej skuteczne i mniej wygodne niż lampa TTL, ale przy<br />
umiarkowanych skalach odwzorowania (motywy o średnicy kilku cm) dość dobrze się sprawdza.<br />
Przy mniejszych motywach motyw nawet z odległości rzędu 20cm nie wypełnia kąta widzenia<br />
czujnika lampy i automatyka zaczyna oszukiwać. Zbliżenie lampy bliżej do motywu nie poprawia<br />
w takim przypadku sytuacji, gdyż czujnik jest odsunięty od palnika lampy i przy zbyt małej<br />
odległości pole widzenia czujnika wychodzi poza strefę oświetloną błyskiem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.scfoto.ovh.org/?feed=rss2&amp;p=74</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fotografia w podczerwieni</title>
		<link>http://www.scfoto.ovh.org/?p=59</link>
		<comments>http://www.scfoto.ovh.org/?p=59#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Oct 2010 08:59:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fotografia]]></category>
		<category><![CDATA[fotografia w podczerwieni]]></category>
		<category><![CDATA[nauka fotografii]]></category>
		<category><![CDATA[technika fotografii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.scfoto.ovh.org/?p=59</guid>
		<description><![CDATA[Fotografie z różnych aparatów wychodzą w różny sposób. Jedne są całe czerwone, inne już od razu mają dobre barwy. Osobiście korzystam do zdjęć IR z Nikona D70 z którego zdjęcia wychodzą charakterystycznie brązowe, ale dość ciemne.

Takie zdjęcia to dopiero połowa drogi do docelowej fotografii IR. Czas na obróbkę w programie. Poniżej na zdjęciach widać proces [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Fotografie z różnych aparatów wychodzą w różny sposób. Jedne są całe czerwone, inne już od razu mają dobre barwy. Osobiście korzystam do zdjęć IR z Nikona D70 z którego zdjęcia wychodzą charakterystycznie brązowe, ale dość ciemne.</p>
<p></p>
<p>Takie zdjęcia to dopiero połowa drogi do docelowej fotografii IR. Czas na obróbkę w programie. Poniżej na zdjęciach widać proces przekształcania zdjęcia, ale po kolei. Wpierw otwieramy fotografię w programie komputerowym (ja posługuję się programem Adobe Photoshop 7.0 CE) i mamy jako przykład fotografię numer 2.</p>
<p><a href="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd1.jpg"><img class="size-full wp-image-66 alignnone" title="Fotografia w podczerwieni" src="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd1.jpg" alt="Fotografia w podczerwieni" width="200" height="150" /></a></p>
<p></p>
<p>Wpierw usuwamy szumy ze zdjęcia (Photoshop: Filtr-&gt;Szum-&gt;Usuń kurz i rysy). Następnie wykonujemy auto-poziom (Photoshop: Obrazek-&gt;Dopasuj-&gt;Auto-Poziomy). Zdjęcie stało się widoczne – fotografia numer 3.</p>
<p><a href="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd2.jpg"><img class="size-full wp-image-67 alignnone" title="Fotografia w podczerwieni" src="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd2.jpg" alt="Fotografia w podczerwieni" width="200" height="150" /></a></p>
<p>Czas na gwóźdź programu – mieszanie kanałów (Photoshop: Obrazek-&gt;Dopasuj-&gt;Mieszanie Kanałów). W tym miejscu mamy do dyspozycji 3 kanały wyjściowe – RGB. Wybieramy kanał R (Czerwony) i zmieniamy wartości według fotografii numer 4, następnie postępujemy zgodnie ze zdjęciem numer 5 co do kanału B (Niebieski). Kanał G (Zielony) pozostawiamy bez zmian.</p>
<p><a href="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd3.png"><img class="size-medium wp-image-68 alignnone" title="Fotografia w podczerwieni" src="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd3-300x226.png" alt="Fotografia w podczerwieni" width="300" height="226" /></a></p>
<p><a href="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd4.png"><img class="size-medium wp-image-70 alignnone" title="Fotografia w podczerwieni" src="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd4-300x226.png" alt="Fotografia w podczerwieni" width="300" height="226" /></a></p>
<p></p>
<p>W tym momencie nasze zdjęcie prezentuje się tak jak fotografia numer 6.</p>
<p><a href="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd5.jpg"><img class="size-full wp-image-71 alignnone" title="Fotografia w podczerwieni" src="http://www.scfoto.ovh.org/wp-content/uploads/2010/10/zd5.jpg" alt="Fotografia w podczerwieni" width="200" height="133" /></a></p>
<p>Teraz przyszedł czas na detale. Podam tutaj tylko, że korzystając z programu takiego jak Photoshop można naprawdę wiele zdziałać dzięki choćby zmianom nasycenia i barwy (Photoshop: Obrazek-&gt;Dopasuj-&gt;Barwa/Nasycenie). Możemy w ten sposób manipulować kolorami jednak ja polecam aby dzięki temu narzędziu podkreślać jedynie barwy fotografii, która powstała nam bezpośrednio po wymieszaniu kanałów. Po prostu zawsze wolę zachować umiar w modyfikacjach choć często się one przydają. Często fotografie IR „prosto z aparatu” po auto-poziomach są bardzo ładne lub po wymieszaniu kanałów bez żadnej dodatkowej pracy komputera.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.scfoto.ovh.org/?feed=rss2&amp;p=59</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Narodziny fotografii</title>
		<link>http://www.scfoto.ovh.org/?p=57</link>
		<comments>http://www.scfoto.ovh.org/?p=57#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Aug 2010 15:40:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Różne]]></category>
		<category><![CDATA[Fotografia]]></category>
		<category><![CDATA[geneza fotografii]]></category>
		<category><![CDATA[narodziny fotografii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.scfoto.ovh.org/?p=57</guid>
		<description><![CDATA[Pierwsze dekady XIX wieku przyniosły ludzkości liczne zmiany społeczno-ekonomiczne spowodowane długofalowymi konsekwencjami Rewolucji Francuskiej. Przemiany te zwiastują narodziny ery przemysłowej. Czasy te charakteryzowała iście scjentystyczna atmosfera. Rozbudzone ludzkie zainteresowania oraz ówczesny stan nauki stanowiły doskonały grunt na finalny akt odkrycia fotografii.

Ostatnim z prekursorów zwiastujących narodziny fotografii, człowiekiem, który zarazem podsumował odwieczne zmagania wielu wynalazców, jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pierwsze dekady XIX wieku przyniosły ludzkości liczne zmiany społeczno-ekonomiczne spowodowane długofalowymi konsekwencjami Rewolucji Francuskiej. Przemiany te zwiastują narodziny ery przemysłowej. Czasy te charakteryzowała iście scjentystyczna atmosfera. Rozbudzone ludzkie zainteresowania oraz ówczesny stan nauki stanowiły doskonały grunt na finalny akt odkrycia fotografii.</p>
<p></p>
<p>Ostatnim z prekursorów zwiastujących narodziny fotografii, człowiekiem, który zarazem podsumował odwieczne zmagania wielu wynalazców, jak i bezpośrednio współtworzył nowy wynalazek był francuski nauczyciel i oficer armii napoleońskiej &#8211; <strong>Joseph Nicéphore Niepce</strong>. Wielu badaczy przeszłości fotografii uznaje go za ojca pionierskiego odkrycia fotografii. Niepce dochodzi do metody otrzymania utrwalonego obrazu za sprawą przypadku. Zafascynowany litografią, poszukuje lepszego systemu wykonywania płyt litograficznych. W tym celu wykorzystuje ciemnię optyczną oraz asfalt syryjski, &#8211; materiał znany ze swej światłoczułości. Montował on w <em>camera obscura</em> metalową płytkę pokrytą asfaltem, czego efektem było naświetlane przez około dziesięć godzin pierwsze zdjęcie. Pierwsza zachowana fotografia otrzymana przez Niepce’a została wykonana w 1826 roku i przedstawia widok z okna jego pracowni. Efekt tak długiej ekspozycji widoczny jest w postaci nienaturalnego układu cieni, spowodowanego zmianą kierunku oświetlenia przesuwającego się słońca. To właśnie za sprawą działania promieni słonecznych obrazy te Niepce nazywał heliografiami. Rok później udaje mu się kolejne przełomowe przedsięwzięcie, mianowicie utrwalenie pierwszego wizerunku człowieka. Był to wykonany na papierze portret kardynała D’Amboise, uzyskany poprzez odbicie z metalowej planszy, używanej do naświetlania heliografii.</p>
<p></p>
<p>Równolegle w wielu miejscach w Europie trwały liczne prace nad uchwyceniem obrazu. Nikomu jednak nie udało się uzyskać efektów zbliżonych do Niepce’a. Skoncentrowany na litografii nie zdawał sobie sprawy z ilości praktycznych zastosowań swojego wynalazku. Tymczasem zapotrzebowanie w rozwijających się społeczeństwach na zastąpienie technik malarskich zaczęło być widoczne. Mieszczaństwo domagało się portretów na wzór arystokratycznych obrazów przedstawiających poszczególnych członków familii. W dużych, europejskich miastach rosło zapotrzebowanie na organizowanie rozmaitych spektakli wizualnych. W Paryżu jedną z ulubionych rozrywek było oglądanie,  tak zwanych panoram, czyli obrazów z różnych stron świata, wykonanych przez wielu malarzy. Jedno z takich przedsięwzięć prowadził <strong>Louis Mandé Daguerre</strong>. Pragnął on jednak zastąpić, drogie do wytworzenia obrazy otrzymane techniką malarską, przez panoramy otrzymane w ciemni optycznej. Choć bez powodzenia, zajmował się także doświadczeniami nad światłoczułością związków chemicznych. W 1827 roku poznał Niepce’a, a w dwa lata później założył z nim spółkę o nazwie <em>Niepce-Daguerre</em>. Spółka była oparta przede wszystkim na wkładzie Niepce’a i jego wynalazku heliografii. Natomiast Daguerre wniósł jako swój udział nowy model aparatu fotograficznego.</p>
<p>W 1833 roku, po śmierci twórcy heliogramów Daguerre samodzielnie prowadzi dalsze badania. Jego zmagania zostają  uwieńczone sukcesem dopiero sześć lat później, kiedy to powszechnie ogłasza, iż opracował technikę zdjęciową, nazwaną od jego nazwiska <strong>dagerotypią.</strong> Powierzchnię metalowej płytki nasączał jodkiem srebra, a następnie naświetlał kilka lub kilkanaście minut. Po wywołaniu w związkach rtęci i utrwaleniu otrzymywał gotowy dagerotyp [Żdżarski 1976].</p>
<p>W 1839 roku na specjalnie zwołanym posiedzeniu Francuskiej Akademii Nauk, pośród tłumów zgromadzonej publiczności, Dominik Arago poprowadził wykład poparty demonstracją wynalazku dagerotypii. Ogłasza on, iż odkrycie Daguerre’a nie jest strzeżone żadnymi patentami, a prawomocny właściciel tego wynalazku, rząd francuski oddaje go w ręce wszystkich zainteresowanych.</p>
<p></p>
<p>Publiczna odsłona dokonań Daguerre’a sprowokowała angielskiego uczonego <strong>Williama Henry’ego Foxa Talbota</strong> do ogłoszenia wyników swoich badań. Jego prace nad wynalezieniem metody kopiowania obrazów trwały już od 1834 roku. Metoda ta oparta była na procesie negatywowo-pozytywowym. Najpierw naświetlał on negatyw, a następnie przekopiowywał go na papier pokryty światłoczułą substancją. Pierwszy otrzymany przez Talbota negatyw datowany jest na 1835 rok, czyli na cztery lata przed oficjalnym opatentowaniem wynalazku fotografii [Tomaszczuk 1998]. W 1840 roku zaczęto stosować tę technikę, nazywając ją <strong>talbotypią</strong>. Już w 1843 roku Talbot założył niedaleko Londynu, pierwszy masowy zakład produkcji odbitek fotograficznych. Kilka lat później wydał pierwsze na świecie ilustrowane fotografiami dzieło, <em>The Pencil of Nature</em>.</p>
<p>Z biegiem lat coraz częściej zaczęto przyjmować wynalazki dagerotypii i talbotypii, nie tylko w kategoriach odkrycia technicznego, ale jako obrazy o charakterze artystycznym. Popularność fotografii w świecie sztuki Urszula Czartoryska przedstawia następująco: „(&#8230;) odtąd nie tylko fotografowie reżyserowali swoje portrety według obrazów wielkich mistrzów malarstwa, lecz – na odwrót – także dziesiątki malarzy zaczęło studiować fizjonomie i akcesoria ze skrupulatnością godną obiektywu.”  [Czartoryska 1965]. Choć artyści związani z klasycyzmem wyraźnie protestowali przeciwko rosnącej popularności fotografii, znaleźli się jednak liczni entuzjaści nowego środka wyrazu. Należeli do nich Delacroix, Degas i cała rzesza impresjonistów.</p>
<p>„Kiedy Daguerre dokonał swojego wynalazku, powszechna radość z powstawania obrazu na materiale światłoczułym wynikała z faktu, że fotografowie drogą mechaniczną mogli uzyskać wizerunek przedmiotów i ludzi bardziej dostępny i wiarygodniejszy niż dzieła malarstwa.” [Czartoryska 1965]. Dlatego też w przypadku użytkowego zastosowania obrazu, techniki fotograficzne już kilka lat po wynalezieniu fotografii zaczęły wypierać malarstwo. Zarówno dagerotypy jak i talbotypy wykorzystywane były jako techniki portretowania.  Początkowo było to bardzo kosztowne. Jednak wraz z wzrostem dostępności do specjalistycznego sprzętu w Europie bardzo szybko zaczęły rozwijać się nowe usługi. W drugiej połowie XIX wieku portrety fotograficzne były rozpowszechnione na szeroką skalę. Fotograficzne wizerunki przestały być już domeną bogatego mieszczaństwa czy arystokracji. W atelier fotograficznym można było spotkać przedstawicieli różnych warstw społecznych.  Fotografie określane mianem zdjęć wizytowych <em>carte de visite</em> zaczęto produkować w milionach egzemplarzy.</p>
<p>Fotografia stała się bardzo użytecznym narzędziem w wielu innych dziedzinach życia społecznego. „(&#8230;) w Europie i na kontynencie amerykańskim spełniała swoje usługi fotografia dokumentalna; skromny rejestr wojen domowych, wypadków katastrof, wypraw alpinistów i odkrywców nieznanych zakątków Egiptu czy Kalifornii” [Czartoryska 1965]. Choć fotografia była wciąż domeną wąskiej grupy profesjonalistów  oswojonych z technikami fotograficznymi, lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XIX wieku obfitowały w rozwój fotografii społecznej i dokumentalnej.</p>
<p>Rozdział ten pragnąłbym zakończyć jedną z refleksji autorstwa Susan Sontag, dotyczącą narodzin nowej formy przedstawiania. W artykule zatytułowanym <em>Heroizm widzenia</em> autorka pisze: „Na świecie panuje osobliwy heroizm od chwili wynalezienia aparatu fotograficznego; heroizm widzenia. Fotografia otworzyła nową swobodną dziedzinę – pozwalając wszystkim na wykazanie się niepowtarzalną, żarłoczną wrażliwością. Fotografowie wyruszyli na swoje kulturalne, klasowe i naukowe safari, szukając uderzających obrazów. Chwytali świat w pułapki bez względu na koszty płacone zniecierpliwieniem i niewygodami” [Sontag 1986].</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.scfoto.ovh.org/?feed=rss2&amp;p=57</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Prehistoria fotografii</title>
		<link>http://www.scfoto.ovh.org/?p=53</link>
		<comments>http://www.scfoto.ovh.org/?p=53#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Aug 2010 15:34:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Różne]]></category>
		<category><![CDATA[analiza fotografii]]></category>
		<category><![CDATA[Fotografia]]></category>
		<category><![CDATA[historia fotografii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.scfoto.ovh.org/?p=53</guid>
		<description><![CDATA[Termin „fotografia”, pochodzący od dwóch greckich pojęć „fos”- światło, „grafo” – rysuję, zastosował po raz pierwszy angielski eksperymentator Wilhelm Herschel, który na dwadzieścia lat przed opatentowaniem wynalazku fotografii odkrył tiosiarczan sodu, czyli substancję do dziś stosowaną do utrwalania materiałów światłoczułych [Żdżarski, 1976]. Sam wynalazca na niestety nie miał świadomości, iż podwójnie przysłużył się dla powstania [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Termin „fotografia”, pochodzący od dwóch greckich pojęć „fos”- światło, „grafo” – rysuję, zastosował po raz pierwszy angielski eksperymentator Wilhelm Herschel, który na dwadzieścia lat przed opatentowaniem wynalazku fotografii odkrył tiosiarczan sodu, czyli substancję do dziś stosowaną do utrwalania materiałów światłoczułych [Żdżarski, 1976]. Sam wynalazca na niestety nie miał świadomości, iż podwójnie przysłużył się dla powstania nowej „jakości”, poprzez prace nad technologią otrzymywania obrazu, a także nadając jej nowe imię.</p>
<p></p>
<p>Choć przyjmuje się, że fotografia narodziła się w momencie, gdy Louis Mandé Daguerre przedstawił przed Francuską Akademią Nauk wynalazek dagerotypii, nie można zaprzeczyć, iż było wiele innych dokonań poprzedzających ten wynalazek. Historia dziejów bogata jest w postaci, które moglibyśmy okrzyknąć współautorami, czy też praojcami fotografii. Toteż tę część pracy poświęcę działaniom, które przyczyniły się do osiągnięcia końcowego rezultatu – obrazów rysowanych światłem.</p>
<p>Wprawdzie żadne ze źródeł dotyczących historii fotografii nie dostarcza szczegółowych informacji na ten temat, większość jednak nadmienia, iż pierwsze ślady zainteresowania otrzymywaniem obrazu znajdujemy już w Starożytności. Dokładnie nie wiadomo, w jakim stopniu wiedza starożytnych pozwalała na rejestracje „odbić natury”. Nie zachowały się bowiem żadne, szczegółowe opracowania dotyczące problematyki, która mogłaby stanowić podwaliny fotografii. Nie można jednak zakwestionować istnienia poszczególnych działań spokrewnionych z fotografią. Studia nad spuścizną kulturową cywilizacji egipskiej, greckiej czy też romańskiej, odsłaniają liczne doświadczenia związane z pracą nad działaniem światła. <strong>Arystoteles</strong>, już w VI wieku p. n. e. jako pierwszy odkrył zjawisko światłoczułości, stwierdzając, że zielony barwnik roślin, chlorofil powstaje na skutek działania światła. Potwierdził ten fakt w I wieku p. n. e. <strong>Marcus Vitruviusz</strong>, obserwując, iż pewne substancje reagują pod wpływem słońca. Istnieją również przypuszczenia, że w cywilizacji egipskiej kapłani znad Nilu znali już fenomen <em>camera obscura</em> oraz posiadali rozbudowaną wiedzę na temat zjawisk optycznych, którą wykorzystywali do obserwacji gwiazd [Tomaszczuk, 1998].</p>
<p></p>
<p>Ciemnia optyczna znana była także w Średniowieczu. Źródła historyczne odnotowują, iż w X wieku <em>camera obscura</em> została użyta do obserwacji zaćmienia słońca przez arabskiego optyka i astronoma Ibn al <strong>Haitham Alhazen</strong> z Basry (956-1038). Ponadto był on autorem pierwszego podręcznika do optyki. Kontynuatorem i popularyzatorem dzieł Alhazena był żyjący w XIII wieku polski uczony – <strong>Witelon</strong>. Z opisanych przez niego praw i przesłanek w traktacie pt. <em>Optyka</em>, ludzie nauki korzystali przez prawie trzysta lat. Natomiast tworzący w tym samym wieku, co Witelon, angielski mnich i filozof <strong>Roger Bacon</strong>, został okrzyknięty przez cywilizację zachodu ojcem nowożytnej optyki. Miano to zawdzięcza swoim doświadczeniom nad właściwościami soczewek i rozpraszaniem światła w pryzmatach. Powszechnie przyjmuje się, że to właśnie Witelon i Bacon rozpoczynają w prehistorii fotografii wątek badań fizycznych, idących w stronę wynalezienia aparatu fotograficznego. Natomiast wątek badań chemicznych zawdzięczamy żyjącemu również w XIII wieku <strong>Albertusowi Magnusowi</strong>. Jego fundamentalną dla fotografii zasługą, jest rozpuszczenie srebra w kwasie azotowym, czyli uzyskanie azotanu srebra. W dziele <em>Compositum de compositis </em>stwierdza on nawet zjawisko działania światła na uzyskaną substancję [Płażewski, 1982]. <em> </em></p>
<p><span style="color: #000000;">Epoka wieków średnich nie sprzyjała osobom uczonym i eksperymentatorom</span>. Sam Roger Bacon, przez swoje eksperymenty został podejrzany o „czary”, toteż dwukrotnie wtrącono go do więzienia, gdzie strawił dwanaście lat swojego życia. Zmierzch tego okresu w historii był zapowiedzią czasów, które przyniosą nową falę zainteresowania optyką i sposobami obrazowania [Płażewski, 1982]. Już w XVI wieku<strong> Leonardo da Vinci</strong> po raz pierwszy, w sposób dokładny, dokonał teoretycznego opisu <em>camera obscura</em>. W dziele noszącym tytuł <em>Codex Atlanticus</em> pisał: „Gdy fronton domu lub krajobraz jest oświetlony słońcem, a w zaciemnionej ścianie znajdującej się naprzeciw domu uczyni się otwór, to oświetlone przedmioty będą wysyłać przez ten otwór swój obraz i obraz ten będzie odwrócony” [Tomaszczuk, 1998].</p>
<p></p>
<p><span style="color: #000000;">Czasy Renesansu i następujących po nim epok obfitowały w prace nad optyką, udoskonaleniami konstrukcji ciemni optycznej oraz  nowymi osiągnięciami w dziedzinie fotochemii. Wielość tych wynalazków i innowacji narzuca dokonanie podziału na dwie drogi, które doprowadziły do opatentowania fotogramu. Po pierwsze, eksperymenty nad uzyskaniem substancji światłoczułej, po wtóre prace nad konstrukcją ciemni optycznej.</span></p>
<p>Pierwszą koncepcję aparatu fotograficznego, jaka wyłania się w prehistorii fotografii datujemy na XVI wiek. Pochodzący z Wenecji, <strong>Daniel Barbaro</strong> w rozprawie <em>La practica della perspettiva</em> dokładnie opisał użycie soczewki zbierającej. W dziele tym znajdujemy starannie opracowany  rysunek perspektywiczny, opisy ostrości obrazu,  zasadę działania otworu przesłony i zależnej od tego głębi ostrości. Kolejna XVI-wieczna monografia dotycząca zastosowań ciemni optycznej, autorstwa <strong>Giovanni Battista della Porta</strong> stanowi równie udaną próbę eksploracji tego tematu. Pochodzący z Neapolu fizyk już jako młody chłopiec skonstruował camerę obscurę, co opisał w dziele <em>Neapolitani magia naturalis</em>. Następną, znaczącą innowację w dziedzinie optyki przyniosły wyniki pracy kolejnego Włocha, słynnego fizyka i astronoma <strong>Galileusza</strong>. Dzięki skonstruowanej przez niego w 1609 roku lunecie, dzisiejsze celowniki aparatów fotograficznych noszą nazwę układów Galileusza.</p>
<p><em>Camera obscura</em> była w już dobrze znana, lecz wciąż miała wielkość skrzyni, a czasami nawet dużej izby. Dopiero zakonnik, <strong>Johann Zahn</strong>, w XVII wieku zmniejszył rozmiary tych pudeł. Ponadto, do swoich przenośnych, małych ciemniach optycznych używał wymiennych soczewek. W otrzymanym przez urządzenie obrazie potrafił także regulować głębie ostrości. Zahn budował swoje kamery z myślą o ułatwieniu malarzom rysunku perspektywy martwej natury i krajobrazu. W analogicznym, działającym na tych samych zasadach aparacie jezuita <strong>Athanasius Kircher</strong> dokonał pewnych zmian i otrzymał „latarnię magiczną”, za pomocą której przedstawiał powiększenia obrazów. Urządzenie to uważane jest za prototyp rzutnika.</p>
<p>Kolejną fazę odkryć, stanowiących techniczne udoskonalenie wynalazków optycznych, zapoczątkowały, przełomowe badania nad istotą emisji światła <strong>Izaaka Newtona</strong> oraz <strong>Christiaana Huygensa</strong>. Pierwszy z nich wyjaśnił sposób rozchodzenia się światła oraz zjawiska załamania i odbicia. Drugi z pionierów ogłosił teorie falową, która wyjaśnia zjawiska odbicia i załamania światła. Przez kolejne lata, począwszy od pierwszych lat XVIII wieku rozpoczęły się także, liczne prace wielu instytucji oraz eksperymentatorów nad otrzymaniem lepszej jakości szkła optycznego. W soczewce ówczesnej nie usunięto bowiem wielu błędów, które wpływały na deformacje obrazu. Zasługi w zniwelowaniu tych defektów i zbudowaniu pierwszych udoskonalonych obiektywów przypisuje się dwóm szwajcarskim nowatorom. Pierwszy z nich to <strong>Leonard Euler</strong>, matematyk i fizyk, którego intelektualne poszukiwania skierowane były w stronę wyeliminowania problemu aberracji chromatycznej, co udało mu się poprzez teoretyczne eksploracje. Drugi to młody, niespełna szesnastoletni praktykant zakładu introligatorskiego, <strong>Pierre Louis Guinand</strong>. Otrzymał on szkło optyczne, jakie przez dziesiątki lat pragnęli mieć uczeni. Ta więc, prace nad optyczną stroną konstrukcji ciemni optycznej zostały już uzupełnione w brakujące ogniwo. Od tego czasu <em>camera obscura</em> znajduje coraz szersze zastosowanie. Należy do niezbędnego wyposażenia malarzy, rysowników i geometrów.</p>
<p>Wracając do wątku badań nad światłoczułością, musimy cofnąć się z powrotem do XVII wieku. Uprawiana w tym czasie alchemia przybliżyła naukowcom możliwość wynalezienia wrażliwej na światło substancji. Dzięki poszukiwaniom kamienia filozoficznego, Wenecjanin <strong>Angelo Sala</strong> odkrył zjawisko czernienia naświetlonego na słońcu, sproszkowanego azotanu srebra. Kolejną postacią, pracującą nad zagadnieniem czernienia związków srebra, był również uprawiający alchemię, Irlandczyk &#8211; <strong>Robert Boyle</strong>. Istotnym wynalazkiem w jego pracach było uzyskanie nowej substancji, jeszcze bardziej podatnej na światło, mianowicie chlorku srebra.<span style="color: #ff0000;"> </span><span style="color: #000000;">Następnie, w</span> 1725 roku rosyjski chemik, <strong>Bestużew-Riumin</strong> odkrywa światłoczułość soli żelazowych. Niestety zjawiska tego nie potrafił wykorzystać praktycznie dla celów fotograficznych. Natomiast, dwa lata później <strong>Johann Heinrich Schulze</strong> dokonał jednego z najbardziej przełomowych odkryć przybliżających do wynalezienia emulsji fotograficznej. Na podstawie przeprowadzonych badań, stwierdza on czernienie soli srebrowych pod wpływem działania światła. Efektem tych poszukiwań staje się otrzymanie prostego negatywu, a później pozytywu, wrażliwych na światło. Zainspirowany pracami Schulzego, <strong>Jan Hellot</strong> członek Akademii Nauk w Paryżu, kilka lat później powleka papier azotanem srebra, naświetla tylko części tego szablonu i odkłada do światłoszczelnej puszki, pozostawiając całość na kilka miesięcy. Pozwala to potwierdzić, iż tylko światło wpływa na czernienie związków srebra i jest to stała właściwość, nie zanikająca nawet pod wpływem działania czasu. Kolejny krok w dziedzinie fotochemii następuje w 1753 roku, gdy włoski profesor fizyki, <strong>Giovanni Battista Baccaria</strong> odkrywa światłoczułość innego ważnego w procesie otrzymywania fotogramów związku – chlorku srebra. Krąg chemicznych osiągnięć, niezbędnych dla przyszłej fotografii zamyka się kiedy to w 1797 roku paryski chemik <strong>Nicolas Louis Vauquelin</strong> dokonał odkrycia chromu. Dzięki temu uzyskane pochodne srebra pozwalały już na wiele eksperymentów z otrzymywaniem obrazu.</p>
<p><span style="color: #000000;">Rosnące zainteresowanie badaniami nad podatnością związków srebra na promienie świetlne, zaczęły owocować coraz częstszymi próbami zastosowania zgromadzonej wiedzy w praktyce. Przykładem tego jest wynalazek, który zaprezentował pod koniec XVIII wieku </span><span style="color: #000000;"><strong>Jacques Charles</strong></span>. Jego odkrycie polegało na użyciu papieru pokrytego solami srebra, na którym rzucony był cień siedzącego modela. Obraz ten powstawał przy użyciu światła słonecznego w zaciemnionym pomieszczeniu. Na tak powierzchni papieru, powstawał obrys profilu osoby pozującej, nadający się do wycięcia. Następnie wycięty szablon naklejano na zwykły papier i za każdym razem gdy wystawiano gotowy już egzemplarz na słońce, ukazywała się ciemna sylwetka profilu.</p>
<p>W 1802 roku młody Anglik, <strong>Thomas Wedgwood</strong> publikuje „Sprawozdanie o metodzie odbijania obrazów ze szkła i sporządzania sylwetek w camera obscura” [Tomaszczuk, 1998]. W opracowanym przez siebie laboratorium, na powleczonej azotanem srebra białej skórze otrzymywał on  sylwetki ludzi, w odwróconej skali tonalnej, czyli pierwsze, dokładnie odzwierciedlające rzeczywistość, negatywy fotograficzne. Gdy nawiązał kontakt z czołowym angielskim naukowcem <strong>Humprey’em Davy</strong>, wspólnie uzyskali „prawie gotowy” wynalazek fotografii. Tak samo jak ich poprzednicy, nie potrafili jednak utrwalić otrzymanych obrazów. Jednakże, urządzenie, które stworzyli stanowiło już w pełni sprawny aparat fotograficzny.</p>
<p>Jak już zaznaczyłem na początku tego rozdziału, to właśnie <strong>Wilhelm Herschel</strong> ostatecznie przyczynił się do powstania nowego medium. Wynaleziony przez niego tiosiarczan sodu, środek rozpuszczający nienaświetlony chlorek lub bromek srebra, do dnia dzisiejszego jest używany jako utrwalacz, w procesie wywoływania fotografii czarno-białej. Substancję tą, stanowiącą najlepszy rozpuszczalnik soli srebra zastosowano dopiero w 1939 roku, powszechnie uznanym za narodziny fotografii.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.scfoto.ovh.org/?feed=rss2&amp;p=53</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

